Król zacisnął zęby.
„Kim jesteś, żeby mi wydawać rozkazy?”
Młody mężczyzna spojrzał na niego.
I na sekundę…
coś się zmieniło.
Jak lustro.
To samo spojrzenie.
Ta sama obecność.
„Jestem tym, którego szukałeś przez piętnaście lat”.
W szeregach rozległ się szmer.
Królowa, stojąca za nim, poczuła, że nogi się pod nią uginają.
„Nie…”
Król zrobił krok naprzód.
Powoli.
Jakby nie chciał w to uwierzyć… ale nie mógł oderwać wzroku.
„Kłamiesz. Mój syn jest w pałacu”.
Młody mężczyzna lekko odwrócił głowę.
W stronę żołnierzy.
W stronę zamku w oddali.
„Nie. Ten, którego wychowałeś… jest niewinny. Ale nie jest tym, którego się spodziewasz”.
Każde słowo uderzało jak cios.
Królowa zaczęła płakać.
Cicho.
Bo wiedziała.
Wiedziała, że nadszedł ten moment.
„Powiedz mi, jak masz na imię” – zażądał król.
„Mam na imię Neo”.
„Kto cię wychował?”
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
„Ci, którzy ratują, nie ci, którzy porzucają”.
Cios był bezpośredni.