Podróż ich odmieniła.
Wkroczyli w górzysty kraj, gdy listopad stwardniał. Mróz srebrzył liście. Ich ubrania były cienkie w szwach. Josiah schudł, aż kości policzkowe wrzynały mu się w skórę. Stopy Ayany krwawiły. Dwukrotnie słyszeli psy. Raz leżeli pod powalonym drzewem przez sześć godzin, podczas gdy jeźdźcy milicji przejeżdżali tak blisko, że błoto z końskich kopyt uderzało Ayanę w policzek.
W Blue Ridge znaleźli życzliwość tam, gdzie najmniej się jej spodziewali.
Rudowłosa górska dziewczyna zobaczyła ich z polany, gdzie biedne białe rodziny tańczyły wokół ogniska, grając na skrzypcach. Ayana pomyślała: „Pułapka”. Josiah poczuł ciepło i omal nie naraził się na niebezpieczeństwo z samego wyczerpania.
Ale dziewczyna położyła palec na ustach i poprowadziła ich za chatę.
„Mój tata pomaga kolei” – wyszeptała. „Niektórzy ludzie tutaj mogliby cię sprzedać dla nagrody. On tego nie zrobi”.
Jej ojciec miał na imię Thomas. Dał im gulasz, chleb kukurydziany, koce i mapę wydrapaną w ziemi.
„Moja żona zmarła, pomagając uciekinierce z zapaleniem płuc” – powiedział. „Niektórzy mężczyźni po tym przestali. Myślę, że powstrzymanie się od tego złagodziłoby jej śmierć”.
Trzy dni później dotarli do oznaczonej przez niego stacji kwakrów.
Spalił się.
Dom stał bez dachu, czarne żebra na tle bladego nieba. Okna były zaschnięte od dymu. Na podwórzu, pod prostymi krzyżami, leżały dwa świeże groby.
Jozjasz zdjął kapelusz.
Ayana wpatrywała się w ruiny.
„Zabili ich za to, że nam pomagali” – powiedziała.
„Nie my” – odpowiedział Jozjasz. „Ludzie tacy jak my”.
Ze stodoły dobiegł głos.