„Proszę nie odchodź.”
Odwrócili się z podniesioną bronią.
Chłopiec wyłonił się z cienia. Dwunastoletni, chudy jak patyk, z twarzą szarą od przerażenia.
„Nazywam się Samuel Price” – powiedział. „Zabili moich rodziców. Powiedzieli, że są zdrajcami. Schowałem się w stodole na siano”.
Ayana i Josiah spojrzeli na siebie.
Zabranie go oznaczało niebezpieczeństwo.
Opuszczenie go oznaczało, że staniemy się ludźmi, którzy przetrwali porzucając dzieci.
Ayana opuściła tomahawk.
„Czy nadążysz?”
Samuel skinął głową, a łzy przecięły czyste linie na jego policzkach, pokryte sadzą.
„Tak, proszę pani.”
„No to chodź.”
Pochowali jego rodziców godnie.
Potem było ich już troje.
Część 4
Milicja złapała ich pięć dni później.
Nad Virginia Piedmont właśnie wstał poranek, szron pobielał trawę i zrobił się kruchy, gdy psy ruszyły na południe od nich. Tym razem niedaleko. Blisko. Wiele głosów, wielowarstwowych i głodnych.
Ayana obudziła się, trzymając już tomahawk w dłoni.
„Jozjasz.”