Najpierw były psy.
Ogromne psy gończe, z unoszącymi się żebrami i wpatrzonymi w siebie oczami. Tomahawk Ayany powalił pierwszego. Młot Josiaha zmiażdżył drugiego. Nadeszły kolejne. Sześć, osiem, dziesięć. Za nimi na polanę wjeżdżali konni żołnierze milicji z uniesionymi karabinami, z twarzami rozświetlonymi triumfem i wściekłością.
Ich przywódcą był otyły mężczyzna z bokobrodami i odznaką pułkownika na płaszczu.
„No cóż” – powiedział. „Dzicz z plemienia Cherokee i jej pupil”.
„Mam na imię Ayana” – powiedziała. „On ma na imię Josiah”.
Pułkownik się roześmiał.
„Ludzka godność od morderców. To jest coś.”
„Cena została zapłacona, zanim kogokolwiek zabiliśmy” – powiedział Josiah. „Zapłacił mój lud w kajdanach. Zapłacił jej lud na drodze deportacyjnej. Zapłacił każdy, kogo twoje prawo zniszczyło za to, że chciał żyć w wolności”.
Twarz pułkownika pociemniała.
„Powiesić ich.”
Pojawiły się liny.
Dwóch mężczyzn wysiadło z koni.
Wtedy od głazów rozległ się strzał.
Samuel.
Strzał nie trafił w cel, ale konie spłoszyły się, a ludzie uniknęli. Na jedną jasną sekundę świat ogarnęło zamieszanie.
Ayana rzuciła tomahawkiem.