Obróciło się raz na słońcu i wbiło się w pierś pułkownika.
Spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym spadł z siodła.
Jozjasz zaatakował.
Jego młot trafił jednego mężczyznę w czaszkę, zanim ktokolwiek zareagował. Potem rzuciły się na niego ręce. Ayana walczyła, aż trzech mężczyzn ją powaliło. Ugryzła jednego na tyle mocno, że odgryzła mu ciało. Ktoś uderzył ją w ucho. Świat błysnął bielą, a potem czerwienią.
Gdy odzyskała wzrok, leżała twarzą w dół w zamarzniętej ziemi, a nadgarstki miała związane za plecami.
Samuel oddał kolejny strzał ze skał.
Ogień odwetowy miażdżył głazy. Odłamki kamieni latały. Ayana próbowała unieść głowę.
„Uciekaj!” krzyknęła.
Niezależnie od tego, czy Samuel usłyszał, czy nie, zniknął głębiej między skałami.
Milicja nie ruszyła z miejsca. Jeden chłopak nie był wart rozbicia formacji. Nie, gdy ich prawdziwe zdobycze leżały uwięzione na polanie.
Porucznik objął dowództwo. Młodszy od pułkownika, blady z wściekłości, drżący na widok martwego oficera i rannych żołnierzy jęczących na mrozie.