„To się kończy” – powiedział. „Żadnego transportu. Żadnego procesu. Powiesić ich”.
Liny przerzucano przez gałęzie.
Ayanę i Josiaha podniesiono do pionu i ułożono pod nimi. Konopie opadły jej na szyję, szorstko drapiąc skórę. Obok niej twarz Josiaha była posiniaczona, jedno oko spuchnięte, a usta zakrwawione.
Ale jego oczy były jasne.
Ayana zwróciła się do niego.
W tym momencie nie widziała milicji, broni, psów, zwłok, liny. Widziała chatę we mgle. Placki kukurydziane. Jego ciepłą dłoń na jej twarzy. Stół z jedną krótką nogą. Rzekę. Ogień. Samuela śpiącego między nimi w zimne noce. Pieśń Sary. Gulasz Thomasa. Tomahawk jej ojca lecący w blasku słońca.
„Jakieś ostatnie słowa?” zapytał porucznik.
Ayana uśmiechnęła się do Josiaha.
„Warto.”
Jego usta zadrżały, ale potem uspokoiły się.
„Każda chwila.”
Porucznik podniósł rękę.