Zaczęła sortować zioła, bo jej ręce potrzebowały zajęcia. „Mamy zapasy jedzenia. Pułapki działają. Chatka jest ukryta. Znamy ścieżki”.
„Oni mają psy.”
„Mamy rzekę.”
„Oni mają konie.”
„Mamy las.”
„Ayana.”
Sposób, w jaki wypowiedział jej imię, ją zatrzymał.
Spojrzała w górę.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zastąpił go wyraz twarzy, który nosił w koszmarach, ten, który sprawiał, że wyglądał jednocześnie młodziej i starzej. Widziała go pierwszej nocy, kiedy znalazła go nad rzeką, krwawiącego w liście, z gorączką tak palącą, że zdawał się unosić z jego rozdartych na zimnym deszczu pleców.
Osiem miesięcy temu.
Wystarczająco długo, by życie się zaczęło.
Nie na tyle długo, by niebezpieczeństwo zapomniało.
„Nie mogę cię stracić” – powiedział.
„Myślisz, że bieganie ratuje ludzi?” zapytała cicho.
Zacisnął szczękę.
„Myślę, że to, że zostałem, otworzyło mi plecy od ramienia do biodra. Myślę, że to, że zostałem, przekonało moją matkę, kiedy miałem jedenaście lat. Myślę, że to, że zostałem, nauczyło mnie, jaki smak ma żelazo, kiedy wkładają ci wędzidło do ust, żeby nie krzyczeć”.
Ayana zamknęła oczy.
Nienawidził, gdy jego własny ból stawał się bronią między nimi. Ona również nienawidziła, gdy jej ból był taki sam. Ale żal miał zęby. Czasami kąsał to, co stało najbliżej.
„Moi ludzie uciekali, bo żołnierze zmuszali ich do ucieczki” – powiedziała. „Uciekali przez śnieg. Biegali z niemowlętami owiniętymi w koce sztywne od mrozu. Moja matka biegła, aż nie mogła ustać. Moje siostry biegły, aż ich stopy krwawiły przez mokasyny. Uciekały, Josiah. Uciekały aż do Oklahomy, a i tak tysiące ludzi ginęło”.
Jego głos złagodniał.