“Ja wiem.”
„Nie” – powiedziała, otwierając oczy. „Znasz moje słowa. Nie znasz dźwięku, jaki wydała moja matka, kiedy zrozumiała, że nie zobaczy poranka”.
W kabinie zapadła cisza, zakłócana jedynie dźwiękiem ognia.
Jozjasz spuścił głowę.
“Przepraszam.”
Ayana też tego nienawidziła. Jego przeprosin. Jej gniewu. Tego, jak świat postawił ich oboje w kącie i zażądał, żeby nazywali to wyborem.
Podeszła do niego i oparła czoło o jego klatkę piersiową.
„Nie chcę uciekać, dopóki nie zostanie ze mnie nic oprócz strachu” – wyszeptała.
Objął ją ramionami.
„Nie chcę, żeby strach cię tu pogrzebał.”
„Następnie przygotowujemy się.”
Przytulił ją mocniej.
„Przygotowaliśmy się.”
“Więcej.”
„Jak wygląda więcej?”
„Druga kryjówka. Fałszywy szlak do rzeki. Kolce na południowym podejściu. Przenosimy zapasy żywności. Trzymamy pakunki w pogotowiu. Robimy z tego miejsca fortecę”.
„Twierdza zbudowana z sosnowych bali i modlitw.”
„Modlitwy niosły ze sobą słabsze rzeczy niż my.”