Ayana zrozumiała wtedy, że nie tylko ratuje ciało. Chroni imię, które świat próbował ukraść.
„Jestem Ayana” – powiedziała mu. „To znaczy wieczny rozkwit”.
Na jego popękanych ustach pojawił się uśmiech.
„To pasuje” – wyszeptał. „Wskrzesiłeś mnie z martwych”.
Teraz, osiem miesięcy później, Ayana zatrzymała się, zakopując ręce w skórze jelenia, ponieważ w lesie rozległ się dźwięk, który nie pasował do otoczenia.
Psy.
Daleko, ale nie na tyle daleko.
Jej ciało wiedziało, zanim jeszcze cokolwiek pomyślała. Mięśnie ramion napięły się. Oddech zwolnił. Wszystko, co żyło na zewnątrz chaty, zdawało się wciągać do środka.
Znowu psy.
Wiele.
Potem głosy pod wyciem.
Mężczyźni.
Ayana wstała.
Skóra jelenia zsunęła się z jej kolan na ubitą ziemię.
Podeszła do ściany, gdzie Jozjasz trzymał swoje narzędzia. Młotki. Żelazne pręty. Dłuta. Szczypce. Klin. Rzeczy, które kiedyś służyły za łańcuchy, a teraz budowały schronienie.
Za nimi, na dwóch drewnianych kołkach, wisiał tomahawk jej ojca.