Aleksandra stała przy oknie, patrząc na wieczorne miasto skąpane w światłach. Znów był piątek, znowu koniec miesiąca i znowu musiała płacić czynsz za to „cholerne” mieszkanie. Dwadzieścia pięć tysięcy rubli miesięcznie trafiało do kieszeni właścicielki, starszej kobiety, która nawet nie chciała sama wymienić kranu w łazience. Od trzech lat ona i Dmitrij wynajmowali to jednopokojowe mieszkanie w dzielnicy mieszkaniowej, gdzie z okna widzieli tylko szary, blok z wielkiej płyty po drugiej stronie ulicy i plac zabaw z łuszczącymi się huśtawkami.
„Sasza, czemu tak zmarzłaś?” Mąż objął żonę od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu. „Znowu myślisz o mieszkaniu?”
„Co jeszcze?” Aleksandra zamknęła oczy. „Dima, jak długo to jeszcze potrwa? Płacimy tyle za cudze domy, że moglibyśmy już kupić własne”.
„Moglibyśmy” – zgodził się Dmitrij, podchodząc do stołu i nalewając herbatę do kubków. „Ale skąd weźmiemy zaliczkę? Mamy maksymalnie sto tysięcy na koncie. To wystarczy tylko na pokój w jakimś odludnym miejscu”.
Aleksandra usiadła przy stole, obejmując dłońmi kubek. Ciepła ceramika była przyjemna w dotyku, ale nie rozgrzewała duszy. Chciała mieć swój własny kąt, własne ściany, własną tapetę, którą mogłaby zmienić bez zgody właściciela. Chciała wbić gwóźdź w ścianę i nie martwić się skandalem, który wywołałby konieczność załatania dziury.
„Dima, a co jeśli poproszę o podwyżkę?” – zapytała nagle Aleksandra. „Dobrze mi idzie. W zeszłym miesiącu znowu byłam pierwsza w sprzedaży”.
„Spróbuj” – Dmitrij wzruszył ramionami. „To na pewno nie pogorszy sytuacji”.
W następnym tygodniu Aleksandra weszła do biura swojego szefa, zdeterminowana, by omówić kwestię swojego wynagrodzenia. Przez cztery lata pracowała jako menedżerka w dużej firmie handlowej, znała się na wszystkim, obsługiwała ważnych klientów i przekraczała cele. Nadszedł czas, by dostać za to przyzwoitą pensję.
„Proszę usiąść, Aleksandro Siergiejewno” – dyrektor Igor Władimirowicz skinął głową w stronę krzesła naprzeciwko. „Właściwie sam chciałem z panią porozmawiać”.
Aleksandra była ostrożna. Takie sformułowania zazwyczaj poprzedzały zwolnienie lub nowe obowiązki bez podwyżki.
„Mamy wolne stanowisko starszego menedżera” – powiedział Igor Władimirowicz, odchylając się na krześle i krzyżując palce na brzuchu. „Z kolegami omawialiśmy kandydatów i twoje nazwisko pojawiło się jako pierwsze. Co sądzisz o tej ofercie?”
Aleksandra mrugnęła. Awans? Teraz? Kiedy przyszła prosić o podwyżkę, zaproponowali jej awans?
„Ja… oczywiście, że się zgadzam” – wydusiła Aleksandra, czując, jak serce wali jej w gardle. „Bardzo dziękuję za zaufanie”.
„Pensja wyniesie siedemdziesiąt pięć tysięcy” – kontynuował dyrektor. „Plus procent od całkowitej sprzedaży działu. Średnio daje to około dziewięćdziesięciu tysięcy miesięcznie. Czy to w porządku?”
Zadowolony? To prawie dwa razy więcej niż teraz!
„Więcej niż” – Aleksandra uśmiechnęła się i po raz pierwszy od dłuższego czasu ten uśmiech był szczery.
Wieczorem, gdy Dmitrij wrócił z pracy, Aleksandra spotkała się ze swoim mężem z kieliszkiem wina w dłoni i tajemniczym uśmiechem na twarzy.
„Co się stało?” Mąż zdjął kurtkę, patrząc podejrzliwie na żonę. „Sasza, coś ty zrobił?”
„Dostałam awans” – oznajmiła triumfalnie Aleksandra. „Starszy menedżer, średnia pensja: dziewięćdziesiąt tysięcy”.
Dmitrij zamarł, po czym szarpnięciem podniósł żonę w ramiona i zaczął z nią kręcić się po pokoju.