Mama przed śmiercią rozdała pamiątki: siostrze obrazy, bratu zegarki taty. Mnie przypadł stary kredens, z którego wszyscy się śmiali. Przy przeprowadzce stolarz rozkręcił tylną ściankę i wypadła koperta i kartką: “Dla Małgosi. Wiedziałam, że tylko ty go nie sprzedasz”.

Kredens stał w kącie salonu jak intruz – za duży, za ciemny, za stary. Mój mąż Wojciech obchodził go szerokim łukiem, odkąd chłopaki z przeprowadzki wnieśli go na trzecie piętro i zostawili rysy na ościeżnicy.

Przez pierwsze tygodnie w nowym mieszkaniu przykrywałam go ceratą, bo nie miałam siły patrzeć, jak żałośnie wygląda na tle jasnych mebli z Ikei. A jednocześnie wiedziałam, że nie pozbędę się go nigdy.

Bo to był kredens mamy. Ten sam, przy którym stałam na palcach jako pięciolatka, żeby sięgnąć po cukiernicę. Ten sam, w którym mama trzymała serwis na dwanaście osób, używany trzy razy do roku – w Wigilię, na Wielkanoc i kiedy przyjeżdżała ciocia Irena z Krakowa.

Mama umarła w marcu. Wiedziała od jesieni, że zostało jej niewiele. Przez ostatnie tygodnie, kiedy jeszcze mogła chodzić po mieszkaniu, zaczęła porządkować swoje rzeczy. Robiła to spokojnie, metodycznie, jakby sprawdzała listę zakupów przed wyjściem do sklepu.

Jolanta, moja starsza siostra, dostała obrazy – trzy olejne pejzaże z Bieszczad, które wisiały w sypialni rodziców od lat siedemdziesiątych. Mały, ale prawdziwy majątek, jak powiedziała znajoma Jolanty, która zajmowała się antykwariatem.

Grzegorz, brat, dostał zegarki taty – kolekcję, którą ojciec zbierał przez czterdzieści lat. Sześć zegarków, w tym dwa naprawdę wartościowe.