A ja dostałam kredens.
Jolanta nawet próbowała jakoś to osłodzić.
– Małgosia, mama pewnie chciała, żebyś miała coś z duszą – powiedziała przy kawie po pogrzebie. – Te obrazy to tylko farba na płótnie.
– Jola, proszę cię – odpowiedziałam. – Nie musisz.
Grzegorz nic nie mówił. Obracał w palcach tacę z koszulkami do kawy i patrzył w okno. Wiedziałam, co myśli – to samo co wszyscy. Że mama albo nie pomyślała, albo miała jakiś powód, żeby dać mi najmniej wartościową rzecz z całego dobytu.
A prawda była taka, że mnie to bolało. Nie kredens – kredens kochałam. Bolało mnie, że rodzeństwo patrzyło na mnie z politowaniem. Że Jolanta zadzwoniła tydzień później i zapytała, czy nie chcę go “gdzieś oddać, bo przecież to mebel, nie sentyment”. Że na rodzinnym czacie Grzegorz wrzucił zdjęcie wyremontowanego pokoju, gdzie zegarki taty wisiały w specjalnej gablocie, a Jolanta odpowiedziała serią serduszek.
Ja nie wrzucałam zdjęć kredensu.
Minęło półtora roku. Wojciech dostał lepszą pracę w Lublinie, przenosiliśmy się z kawalerki na osiedlu Czuby do większego mieszkania bliżej centrum. Pakowanie szło sprawnie, dopóki nie doszliśmy do kredensu. Trzy przeprowadzkowe firmy odmówiły – za ciężki, za duży, nie przejdzie przez klatkę schodową bez rozmontowania.
– Może to znak – powiedział Wojciech ostrożnie. – Może pora go…
– Nie – ucięłam.
Wojciech zadzwonił do stolarza. Pan Wiesław, starszy mężczyzna z warsztatu przy Krakowskim Przedmieściu, przyszedł z pomocnikiem i pudłem narzędzi. Oglądał kredens z uwagą, którą ludzie rezerwują zwykle dla żywych istot. Przesuwał palcami po frezowaniach, pochylał się, żeby zajrzeć pod blat.
– To solidna robota – powiedział. – Lata sześćdziesiąte, może wcześniej. Ktoś to robił z głową.