– Trzeba go rozkręcić do przeprowadzki – wyjaśnił Wojciech.
Pan Wiesław pokiwał głową i zabrał się do pracy. Zdejmował półki, wykręcał zawiasy, układał śruby w osobnych woreczkach, podpisując każdy. Potem przeszedł do tylnej ścianki – cienkiej płyty przybitej od tyłu.
– Proszę pani – usłyszałam jego głos z drugiego pokoju. – Niech pani tu przyjdzie.
Stał z kawałkiem sklejki w ręce i patrzył na podłogę. Na panelach leżała koperta – duża, brązowa, z tych, w jakich mama nosiła dokumenty do ZUS-u. Była gruba. Podniosłam ją i od razu poczułam, że w środku jest coś więcej niż papier.
Wojciech stanął w drzwiach.
W kopercie były pieniądze. Banknoty stuzłotowe, złożone w równe paczuszki, każda przewiązana gumką recepturką – tak, jak mama wiązała pęczki kopru na działce. A pod spodem kartka, wyrwana z notesu w kratkę, zapisana jej drobnym, pochyłym pismem.
“Dla Małgosi. Wiedziałam, że tylko ty go nie sprzedasz.”
Stałam w pustym salonie, wśród kartonów i folii bąbelkowej, i płakałam tak, że pan Wiesław wyszedł na klatkę schodową, a Wojciech nie wiedział, czy mnie objąć, czy dać spokój.
To nie były wielkie pieniądze. Odkładane latami, po trochu z emerytury, pewnie kosztem leków, kosztem sanatorium, kosztem nowego płaszcza na zimę. Mama nie wydawała na siebie – to wiedziałam od zawsze. Ale nie wiedziałam, dokąd te pieniądze szły.
Teraz wiedziałam. Szły do koperty, do kredensu, do mnie.
Zadzwoniłam do Jolanty tego samego wieczoru. Nie wiem, czego się spodziewałam – może wzruszenia, może łez, może tego, że powie coś o mamie. Jola wysłuchała i przez chwilę milczała.