Nie powiedziałam tego na głos.
Ale od tamtej chwili mieszkanie zaczęło się zmieniać.
Nie od razu.
Nie cudownie.
Nic nie stało się lekkie w jedną noc.
Leon nadal był uparty. Nadal patrzył na mnie czasem tak, jakby oceniał moje decyzje i uznawał większość za wątpliwe. Nadal ignorował połowę zabawek, które mu kupiłam. Nadal potrafił podejść do miski, obwąchać jedzenie i odejść z miną człowieka, któremu zaproponowano zniewagę zamiast kolacji.
Ale już nie znikał.
Rano chodził za mną do kuchni, jakby przeprowadzał kontrolę śniadania. Siadał przy oknie z tą swoją miną starego wykładowcy i obserwował gołębie na podwórzu, jakby miał o każdym z nich osobną, bardzo krytyczną opinię. Wieczorami wybierał miejsce tuż obok mnie. Nie na pokaz. Nie wylewnie. Po prostu wystarczająco blisko, żebym wiedziała, że już nie śpię sama w pustym domu.
Moja siostra nazwała go pewnego dnia „profesorem”.
Przylgnęło do niego natychmiast.
Bo naprawdę miał w sobie coś z człowieka, który widział już dużo, wybacza niewiele i rzadko się wzrusza, ale jeśli już kogoś wybierze, to nie robi tego przypadkiem.
Z czasem zaczęłam łapać się na tym, że wracam do domu szybciej.
Że przestałam włączać telewizor tylko po to, żeby zagłuszyć ściany.
Że w sobotę rano robię kawę i zanim usiądę, odruchowo pytam: