Ten dom zostałby zniszczony, pogrzebany i zapomniany – tak jak wersja niego, która kiedyś w nim mieszkała.

Za nim czekała ekipa rozbiórkowa. Robotnicy w żółtych kaskach stali obok koparki z metalowymi zębami, gotowi do niszczenia. Maszyna milczała, jakby nawet ona rozumiała, że ​​zaraz pochłonie coś więcej niż tylko drewno i kamień.

Zrobił krok naprzód.

Coś dziwnego i nagłego zamknęło się w jego piersi, jakby samo powietrze nie chciało, żeby tam był.

Wtedy drzwi zaskrzypiały i otworzyły się.

Dźwięk przecinał czas niczym brzytwa otwierająca starą bliznę.

W drzwiach pojawiła się kobieta z niemowlęciem na ramieniu. Obok niej stało dwoje kolejnych dzieci: mała dziewczynka, kurczowo trzymająca się sukienki matki, i jeszcze młodszy chłopiec, nieruchomy, z otwartymi oczami… nie ze strachu, lecz ze zmęczenia.
Tego zmęczenia żadne dziecko nigdy nie powinno zaznać.

Miliarder pozostał nieruchomy.