Rozdział 1: Iluzja więzów krwi
Nazywam się Emily Carter i do drugiego tygodnia lipca ubiegłego roku żywiłam niebezpieczne, naiwne złudzenie. Naprawdę wierzyłam, że bez względu na to, jak fundamentalnie wadliwa może być rodzina, jak głęboka jest dysfunkcja, istnieją niewidzialne, święte granice, których przyzwoici ludzie po prostu nie przekroczą. Myślałam, że biologiczny imperatyw ochrony własnego ciała i krwi jest nienaruszalnym zabezpieczeniem.
Byłam w katastrofalnym błędzie.
Rozbicie mojej rzeczywistości nie nastąpiło w środku nocy ani nie towarzyszył mu dramatyczny wzrost ścieżki dźwiękowej filmu. Stało się to w oślepiającą, brutalną sobotę w Phoenix w Arizonie. To był taki pustynny dzień w środku lata, kiedy upał nie tylko promieniuje, ale i dusi. Powietrze jest tak ostre, że przypala delikatną tkankę płuc w chwili, gdy tylko wyjdziesz na zewnątrz, a asfalt lśni złowrogą, wodnistą mirażą.
Miałam dyżur w klinice stomatologicznej dla dzieci, gdzie pracowałam jako higienistka. O 7:00 rano zadzwoniła moja stała niania, a jej głos był ochrypły od nagłej, silnej grypy żołądkowej. Panika ścisnęła mi serce. Moi rodzice, Richard i Linda, akurat przyjechali z Nevady na tydzień. Zajmowali właśnie mój pokój gościnny, narzekając na twardość materaca i temperaturę termostatu.