Zawsze ze mną w pobliżu.
Nie prosił, żeby nazywać go tatą.
Nie pojawiał się z ekstrawaganckimi prezentami.
Zabroniłem mu kupować ich uczucia.
Więc przyszedł z książkami.
Łamigłówkami.
Pudełkami kredek.
Pewnego dnia usiadł na podłodze w moim salonie, żeby zbudować z nich kartonowy wulkan.
Miał klej na palcach, bibułkę na rękawie i skupiony wyraz twarzy, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałem.
Adrien tłumaczył mu, że triceratopsy nie są złośliwe.
Leo śmiał się, bo czerwona papierowa lawa spadała krzywo.
Marc też się śmiał.
Ale czasami, gdy chłopcy na niego nie patrzyli, jego uśmiech znikał.
Wiedział.
Wiedział, że nigdy nie odzyska straconych pięciu lat.
Nie da się cofnąć tych pierwszych kroków.
Nie da się cofnąć tej pierwszej „mamy”.