Nieskazitelne.
Niezapomniane.
Dla niego.
Dla niej.
A przede wszystkim…
dla mnie.
W poranek ślubu, gdy stanęłam przed lustrem w sypialni, w Paryżu wciąż panowała cisza.
Miałam na sobie czarną sukienkę.
Skromną.
Elegancką.
Bez prowokacji.
Nic zbyt krzykliwego.
Nic zbyt ostentacyjnego.
Nie musiałam już krzyczeć, żeby mnie zauważono.
Za mną dwa ciche głosy kłóciły się przyciszonymi głosami o to, kto będzie miał prawo trzymać mnie za prawą rękę.
Odwróciłam się.
Moi synowie.
Adrien i Leo.
Pięć lat.
Takie same ciemne oczy jak Marc.
Ten sam dołeczek w kąciku ust, gdy się uśmiechali.