Dziadek Theodore zatrzymał się. Oparł dłonie na zużytej drewnianej rączce laski i mrugnął raz. „Pytania o co, Victorio?”
„O to, dlaczego dziadek Liama wygląda, jakby właśnie zszedł z ulicy” – syknęła cicho, żeby goście jej nie usłyszeli, ale z absolutnym jadem.
Słyszałam już od niej okrutne rzeczy. Spędziłam dzieciństwo, unikając jej ciętego języka. Ale to uderzyło jak zardzewiały nóż w brzuch. Mój dziadek miał siedemdziesiąt osiem lat. Jego buty były stare, bo były wygodne. Jego zegarek był prostym, skórzanym paskiem, bo nie lubił się popisywać. Żył cicho, mówił cicho i ani razu w życiu nie poprosił nikogo o żadną przysługę.
Mimo to, przerażona konsultantka ślubna, przerażona gniewem mojej matki, natychmiast wykonała jej gest. Kelner nerwowo przeciągnął tanie metalowe składane krzesło po żwirowej ścieżce i postawił je w pobliżu pasa serwisowego. Był częściowo ukryty za dwoma zielonymi pojemnikami na żywność, które śmierdziały zepsutymi owocami i kwaśnymi osadami szampana.
Traktowali go jak śmiecia. Jak coś, co trzeba ukryć, dopóki nie zrobią nieskazitelnych rodzinnych zdjęć.
„Mamo” – powiedziałam, a mój głos drżał z wściekłości, którą ledwo mogłam powstrzymać. „To obrzydliwe. Nie możesz wrzucać go za śmietnik”.
Idealny, zamrożony botoksem uśmiech Victorii ani na chwilę nie zgasł w blasku fleszy w oddali. Nachyliła się do mojego ucha. „To usiądź z nim, Harper. Zawsze uwielbiałaś zbierać bezdomne zwierzęta”.
No i tak zrobiłam.