– Tak. Powiedział, że jeśli nie będziemy mieli dzieci, to przynajmniej powinniśmy coś po sobie zostawić.
– Jak układał się pana związek po poronieniu?
– Poszłam na terapię. Przestał po dwóch sesjach. Powiedział, że nie potrzebuje obcej osoby, która pomogłaby mu to przetworzyć.
– Czy miał pan wcześniej ubezpieczenie na życie?
– Na mniejszą kwotę, ze względu na kredyt hipoteczny. Nie wiedziałem, że to było około stu milionów.
Detektyw podsunął mi kopię formularza.
– Zgodnie z umową, trzy tygodnie temu stawił się pan osobiście w biurze brokera ubezpieczeniowego i złożył oświadczenie o stanie zdrowia.
– Nie było mnie tam.
– Gdzie pan był tego dnia?
Sprawdziłem datę.
– W pracy. Był miesięczny okres rozliczeniowy. Zostałem do ósmej wieczorem.
– Czy może pan to udowodnić?
– Mamy system kontroli dostępu. Kamery też.
Detektyw Skinąłem głową.
„Znajdziemy twojego pracodawcę”.
Wpuszczono mnie na krótko do domu o szóstej rano, ale policja zamknęła sypialnię i pokój Ildikó.
Wszystko w domu pozostało na swoim miejscu.
Białe róże już zwiędły.
Pudełko z ciasteczkami stało nieotwarte na blacie kuchennym.
Talerze, które przygotowałem na rocznicową kolację, pozostały nietknięte.
Poszedłem do gabinetu Bence’a.
Policja kazała mi niczego nie ruszać, ale obserwować, czy czegoś nie brakuje.
Na jego biurku nie było laptopa.
W szafie brakowało kilku koszul i zimowego płaszcza.
W szufladzie znalazłem jednak paragon ze stacji benzynowej i paragon za wypłatę gotówki z zagranicy.
Zrobiłem im zdjęcia i natychmiast zadzwoniłem do detektywa.
Wiadomość nadeszła około południa.
Bence został zatrzymany przez chorwacką policję na parkingu przy autostradzie. Złożył fałszywe zeznania, twierdząc, że jest w pilnej podróży służbowej do Zagrzebia.
W jego samochodzie znaleziono laptopa, dwa telefony komórkowe, kilka tysięcy euro w gotówce i plastikowe pudełko zawierające resztki opakowania tego samego czarnego słoika.
Nie pozwolono mu jechać dalej.
Został odesłany na Węgry.
Podczas pierwszego przesłuchania wszystkiemu zaprzeczył.
Twierdził, że krem rzeczywiście był próbką kosmetyku. Uważał, że ktoś go później zanieczyścił.
„Kto?” zapytał śledczy.
„Kata”.
„Dlaczego miałby zatruć prezent, który przeznaczył dla siebie?”
„Żeby mnie zrujnować”.
Śledczy pokazał mu wiadomość, którą wysłał do matki.
Bence powiedział, że „cały nasz plan” polegał na zorganizowaniu imprezy-niespodzianki.
Kiedy pokazano mu drugą wiadomość z prośbą o półgodzinne oczekiwanie, twierdził, że spanikował i nie pomyślał o tym, co pisze.
Powiedział, że otrzymał czarny słoik od anonimowego dostawcy.
Jednak badanie laboratoryjne przeprowadzone w ciągu kilku dni wykazało, że substancja w środku nie była produktem kosmetycznym. Zawierała związek chemiczny przeznaczony do użytku w zamkniętych laboratoriach, który w kontakcie ze skórą człowieka mógłby spowodować poważne obrażenia.
Śledczy udali się do miejsca pracy Bence’a.
Okazało się, że miesiąc wcześniej brakowało jednej z próbek od dostawcy.
Bence podpisał protokół odbioru.
Kamera w magazynie firmy zarejestrowała, jak wraca po pracy, otwiera zamkniętą szafkę i wkłada coś do torby.
Pracodawca natychmiast go zwolnił i złożył osobną skargę.
Ildikó oprzytomniała po trzech dniach.
Na twarzy i szyi miał bandaże. Lekarze stwierdzili, że może mieć blizny, ale uratowali mu życie.
Podczas przesłuchania najpierw bronił syna.
„Bence nie chciał nikogo zabić” – powiedział.
„Czego więc chciał?” – zapytał śledczy.
„Tylko po to, żeby nastraszyć Katę”.
„Czy wiedział, co jest w słoiku?”
Ildikó odwróciła wzrok.
„Powiedział, że dostanie wysypki. Może źle się poczuje”.
„I dlaczego musiał czekać pół godziny, żeby wezwać karetkę?”
„Nie wiem”.
„Poprzednie wiadomości wciąż były na jego telefonie”.
Twarz Ildikó się ściągnęła.
Policja przywróciła usunięte rozmowy.
Dwa tygodnie wcześniej Bence napisał do niej:
„Ciśnienie krwi Katy ostatnio się waha. Gdyby coś jej się stało w nocy, nikt by niczego nie podejrzewał”.
Odpowiedź Ildikó:
„Czy ubezpieczenie to pokryje?”
Bence:
„Jeśli to wydaje się naturalnym uczuciem złego samopoczucia, tak.”
Ildikó:
„A co mi to da?”