Léa obserwowała mnie z łóżka.
Jej włosy były w nieładzie.
Prześcieradło było ciasno naciągnięte.
A w jego oczach nie było strachu.
Tylko irytacja.
Jakby mój ból psuł im wieczór.
„Antoine, ona chyba naprawdę cierpi” – mruknęła.
Westchnął pogardliwie.
„Zawsze robi z wszystkiego wielką aferę”.
Pochylił się.
Złapał mnie za ramię.
I pociągnął mnie.
Krzyknęłam, ale głos mi się załamał, zanim zdążył się wyrwać.
„Idź na dół i uspokój się” – kontynuował. „Jutro porozmawiamy jak dorośli”.
Wyciągnął mnie z pokoju.
Każdy stopień schodów był torturą.
Drewno.
Ściana.
Jego dłoń mocno zaciśnięta na moim ramieniu.
Moje pulsujące ciało.