„Nie mów tak do mojej matki” – powiedział Adrien głosem, którego nie rozpoznałam. „Włożyliśmy już wystarczająco dużo wysiłku, żeby przyjąć cię do tej rodziny. Daliśmy ci dom, imię, miejsce na świecie. I tak nam dziękujesz?”
Policzek mi płonął.
Ale najbardziej bolało mnie to, że jego ręka wciąż drżała.
Żadnych wyrzutów sumienia.
Żadnego gniewu.
Camille delikatnie położyła palce na jego ramieniu.
„Kochana, odpuść sobie. Niektórzy ludzie nigdy nie uczą się zasad dobrego wychowania.”
Hélène uśmiechnęła się blado.
„Zawsze tak mówiłam. Ta dziewczyna miała prowincjonalne maniery, nawet ubierała się w haute couture.”
Przez cztery lata słyszałam takie komentarze.
Że mojemu sposobowi mówienia brakowało finezji.
Że moja rodzina nie rozumiała norm społecznych.
Że moje buty sprawiały, że wyglądałam jak „nowobogacka”, nawet jeśli kosztowały więcej niż ich kolacje w prywatnym klubie.
Trzymałam język za zębami, bo wierzyłam, że małżeństwo chroni cierpliwość.