Obudziłam się w szpitalnym łóżku trzy dni po wypadku samochodowym, spodziewając się, że mąż zapyta, czy żyję, czy cierpię, czy się boję. Zamiast tego Gerald włożył mi do ręki papiery rozwodowe i powiedział, że potrzebuje żony, a nie ciężaru. Trzy tygodnie później dałam mu pożegnalny prezent, który wstrząsnął nim do głębi.
Czasami wciąż słyszę jego głos: „Złożyłem pozew o rozwód”. To było pierwsze, co powiedział, kiedy otworzyłam oczy.
Byłam przytomna zaledwie od dwóch minut. W gardle miałam sucho, nogi w wyciągu, a głowę owiniętą bandażami. Gerald stał u stóp mojego łóżka, a obok niego prawnik, wcisnął mi długopis w dłoń i wypowiedział te słowa tak swobodnie, jakby zapowiadał zmianę planów na kolację.
Wyszeptałam: „Nie mówisz poważnie”.
Wzruszył ramionami. „Tak. Potrzebuję żony, Liso. Nie ciężaru”. Potem nachylił się bliżej i dodał: „Dom zostaje u mnie. Zresztą zawsze bardziej mi odpowiadał”.
Wszystko zaczęło się od pizzy.