Spędziłam trzy tygodnie na tym szpitalnym łóżku, jasno myśląc o tym, kim on był, za co zapłaciłam i z czym, jego zdaniem, odchodzi. Kiedy mnie wypisali, moje ciało było słabe, ale umysł stabilny. Czasami przetrwanie zaczyna się od powiedzenia: „Dobrze, weź wszystko”, jednocześnie cicho upewniając się, że druga osoba nie ma pojęcia, ile będzie ją kosztować ten wyrok.
Kiedy wróciłam do domu taksówką, Gerald był w mojej kuchni, a Tiffany przytuliła się do niego. Smażył kurczaka na patelni, którą kupiłam i doprawiłam przez lata gotowania. Mężczyzna, który kiedyś sprawiał wrażenie, jakby odgrzewanie zupy go przerastało, teraz gotował dla innej kobiety.
„Na to wygląda” – powiedziałam, gdy powitał mnie beznamiętnym tonem. „Wróciłaś”.
Odsunął się chłodno. „Spakuj, co potrzebujesz. Wolałbym, żeby to się nie ciągnęło”.
Spakowałam jedną małą torbę podróżną. Dwadzieścia minut później zeszłam na dół i powiedziałam: „Możesz wziąć dom”. Jego twarz się rozjaśniła. Tiffany rozejrzała się, już wyobrażając sobie nowe zasłony.
„Zostawiłam ci nawet mały prezent pożegnalny na górze” – dodałam.
„Jaki prezent?” – zapytał Gerald.
„Coś, na co czekałaś. Dokumenty, których będziesz potrzebować”.
On i Tiffany pobiegli na górę, omal się o siebie nie potykając. Zanim dotarłam do drzwi sypialni, Gerald już rozerwał paczkę. Ich uśmiechy zniknęły. Dłonie Geralda zadrżały. „Nie”.
„Niespodzianka” – powiedziałam.