Nie odpowiadasz od razu Estebanowi Valdésowi.
Spoglądasz poza wypolerowany zegarek, drogi krawat, uśmiech wiszący na jego twarzy niczym coś pożyczonego na noc. Potem spoglądasz z powrotem na Ximenę i to, co widzisz, zmienia atmosferę. Przed chwilą wyglądała na zmęczoną, głodną, zbyt młodą, by umieć tak spokojnie czekać. Teraz wygląda jak dziecko, które rozpoznaje niebezpieczeństwo, zanim dorośli wokół niej zechcą je nazwać.
Ten rodzaj strachu nie pojawia się znikąd.
Większość życia spędziłeś ucząc się, jak wygląda strach, kiedy stara się nie być widzianym. Żyje w zaciśniętych ramionach, w ostrożnych głosach, w przeprosinach wypowiadanych, zanim ktokolwiek o nie poprosi. Teraz żyje w sposobie, w jaki Ximena ściska swój fioletowy plecak tak mocno, że jej kostki tracą kolor. A gdy tylko Esteban na nią spojrzy, tylko raz, zbyt szybko, wiesz, że problem nie leży tylko w niezapłaconych pensjach.
Powoli się prostujesz, pozwalając ciszy zrobić to, czego nigdy nie potrafi krzyk.
„Carolina Reyes” – powtarzasz. „Czemu jej nie zapłaciłeś?”
Esteban wypuszcza powietrze przez nos, cichy śmiech, jaki mężczyźni wydają, gdy myślą, że pokój nadal należy do nich. „Proszę pana, jestem pewien, że to nieporozumienie. Sprawami płacowymi zajmuje się administracja, a nie ja osobiście. Jeśli któryś z naszych pracowników wplątał gościa w prywatną sprawę pracowniczą, zapewniam pana, że się tym zajmiemy”.
Gość.
To słowo niemal wywołuje uśmiech na twarzy Rafaela.
Nie uśmiechasz się.
„Spróbuj jeszcze raz” – mówisz.