Po raz pierwszy mechanizm luksusowego hotelu zwraca się ku ludziom, którzy go utrzymują.
Stoisz przy oknach w holu, podczas gdy deszcz wciąż kłuje miasto za szybą.
Ximena siedzi owinięta w hotelowy koc o trzy rozmiary za duży, jedząc rosół, który Teresa jakimś cudem znalazła w kuchni, mimo że była już późna pora. Carolina już trafiła do szpitala, ale zanim to zrobiła, błagała, żeby nie stracić pracy, a Naomi powiedziała jej z przerażającą delikatnością, że jeśli ktokolwiek w tej firmie choćby odetchnie w tym kierunku, to ona będzie właścicielką jego emerytur. Carolina zaśmiała się przez łzy, a ten dźwięk zaskoczył wszystkich wokół, bo śmiech nie powinien pojawiać się w taką noc, a jednak był.
Ten dźwięk pozostaje.
z tobą.
Rafa dołącza do ciebie przy oknie. „Policja jest w drodze. Może też wydział ds. oszustw, zależy od tego, ile miasto będzie chciało zrozumieć przed świtem”.
„Ile ukradł?”
Rafa spogląda w stronę prowizorycznych stołów do przesłuchań. „Wystarczająco dużo, żeby zmienić życie ludzi, a jednocześnie ledwo uszczuplić miesięczny raport o przychodach”.
„A potem ukradł tyle, ile tacy jak on zawsze kradną” – mówisz.
Rafa zerka na ciebie. Zna cię wystarczająco długo, żeby usłyszeć, co kryje się pod tymi słowami: stary gniew, ten z korzeniami.
„Wszystko w porządku?”
Nie.
Ale nie o to chodzi.
„Wiesz, czego najbardziej nienawidzę?” – pytasz.
Rafa lekko wzrusza ramionami. „Jest długa lista”.
„Zawsze wybierają ludzi, którzy i tak już mają za dużo na głowie. Chore kobiety. Samotne matki. Nowoprzybyłe. Mężczyzn przesyłających pieniądze do domu. Dzieciaki opuszczające rodziny zastępcze. Ludzi, którzy nie chcą mieć prawnika na szybkim wybieraniu. A potem nazywają to wydajnością”.
Rafa powoli kiwa głową. „Tak”.