Kilka minut później Carolina schodzi ze spotkania doradczego na górze, zdrowsza, z pełniejszymi policzkami i jaśniejszymi oczami. Zwalnia, gdy cię widzi, a na jej ustach pojawia się znajomy półuśmiech. Nie desperacka wdzięczność ze szpitala, nie panika z magazynu, tylko wyraz twarzy kobiety, która przeżyła i nie ma ochoty zamieniać przetrwania w uwielbienie.
„Długi dzień?” pyta.
„Jak zwykle”.
Zerknęła na zeszyt Ximeny. „Aż tak źle, co?”
Znów się śmiejesz.
Na zewnątrz deszcz kreśli miękkie, srebrne linie na szybach. Wewnątrz hol lśni tak samo jak pierwszej nocy, ciepły, złoty i zdeterminowany, by wyglądać jak bezpieczne miejsce. Ale teraz wiesz coś, czego wcześniej nie wiedziałaś, a może coś, o czym zapomniałaś i czego musiałaś się uczyć na nowo w marmurze, jarzeniówkach i przerażonym głosie dziecka.
Miejsca nie są przyzwoite, bo są piękne.
Są przyzwoite, bo kiedy odzywa się ktoś wrażliwy, pokój się zmienia.
Ximena w końcu podnosi wzrok znad pracy domowej. „Skończyłam”.
„Z matematyką?” pyta Carolina.
„Z czekaniem w samotności” mówi Ximena.
Tym razem w hotelu jest cicho, i to z bardzo dobrych powodów.