Bierzesz to.
W drobnym druku upoważnia on do niezapłaconych zmian w godzinach, kar za nieobecność z mocą wsteczną i opłat za „tymczasowe potrącenia z tytułu zakwaterowania”, które nie mają nic wspólnego z jakimkolwiek pracownikiem śpiącym w pokoju hotelowym. Ktokolwiek napisał ten dokument, zbudował go jak pułapkę – coś na tyle szerokiego, by okraść każdego, i na tyle zawiłego, by przetrwać przestraszony podpis.
Odkładasz go bardzo ostrożnie.
„Kto to sporządził?”
Esteban próbuje odzyskać odrobinę arogancji. „Wszystko przechodzi zatwierdzonymi kanałami”.
„Nazwiska”.
Milczy.
Rafa otwiera skrytkę i gwiżdże pod nosem. Gotówka. Więcej kopert, każda z imieniem i numerem mniejszym niż prawdopodobnie należna pensja. Drobne datki. Wystarczająco dużo, żeby uchronić ludzi przed eksplozją, ale za mało, żeby ich uwolnić.
W drzwiach pojawia się Teresa. „Ximena chce do mamy”.
„Czy Carolina może się ruszyć?”
„Ledwo. Ratownicy medyczni chcą ją przetransportować”.
Kiwasz głową. „Prowadź ich przez hol, a nie wyjściem służbowym”.
Esteban słyszy to i odwraca się do ciebie gwałtownie. „To zrobi awanturę”.
Niemal podziwiasz tę spójność. Nawet teraz jego głównym zmartwieniem jest elegancja powierzchni.
„O to właśnie chodzi”, mówisz.
Jazda windą wydaje się dłuższa, bo hotel w końcu zaczął wyczuwać, co się w nim dzieje. Pracownicy stoją w małych grupkach, szepcząc. Barman w pobliżu salonu udaje, że poleruje szklanki, jednocześnie otwarcie się wpatrując. Dwóch gości w strojach podróżnych odsuwa się na bok, gdy przejeżdżają nosze. Jeden z nich wygląda na zdezorientowanego, drugi jest wściekły, w sposób typowy dla bogatych ludzi, gdy rzeczywistość przenika do przestrzeni, które kupili, aby jej uniknąć.
Niech się wściekają.