Wstajesz ponownie, wyższa, zimniejsza. „Co kazałaś jej podpisać?”
Jego uśmiech zniknął. „Nic nielegalnego”.
Ta odpowiedź jest tak głupia, że aż cię obraża.
Przechylasz głowę. „To nie była najlepsza opcja”.
Rafa podchodzi o pół kroku bliżej, na tyle, by przypomnieć Estebanowi, że mężczyźni tacy jak on czują się odważni tylko wtedy, gdy podłoga pozostaje równa. Kierownik hotelu próbuje się wyprostować, jakby jego postawa mogła zbudować wokół niego nową rzeczywistość. Nie może. Już obserwujesz, jak jego krawędzie się strzępią.
Wtedy Ximena mówi coś, co otwiera noc na oścież.
„Proszę, nie pozwól mu znowu zabrać mojej mamy na dół”.
Zdanie pada z miękkością bomby pod kocem.
Odwracasz się do niej. „Znowu?”
Przełyka ślinę. „Ostatnim razem zamknął ją w pokoju przy pralni, bo kaszlała, a jeden z gości się poskarżył. Słyszałam, jak waliła w drzwi. Powiedział, że jeśli chce zmiany, musi nauczyć się nie być obrzydliwa tam, gdzie ludzie mogą ją zobaczyć”.
Recepcjonistka przy marmurowym blacie zakrywa usta.
Twarz Estebana rzednie, a potem twardnieje. „To kłamstwo”.
Nie patrzysz na niego. „Dzieci to okropni kłamcy” – mówisz. „Mówią prawdę, ale na nieodpowiednim poziomie głośności”.
Oczy Ximeny napełniają się łzami, ale jej głos brzmi spokojnie, w ten upiorny sposób, w jaki rozwijają się niektóre dzieci, gdy życie wymagało stabilizacji na długo przedtem. „Dziś wieczorem moja mama powiedziała, że ma gorączkę, ale i tak przyszła, bo już wcześniej wziął od niej pieniądze. Potem się wkurzył, bo usiadła na chwilę. Powiedział, że jeśli nie skończy piętra w penthousie, to ją skreśli i powie, że porzuciła zmianę”.
Lokal przestał udawać.