„Każda kobieta krwawi, Elara” – westchnął, przewracając oczami, jakbym była dzieckiem rzucającym napad złości z powodu zabawki. „Moja matka miała czwórkę dzieci i ani razu się nie skarżyła. Próbujesz mnie tylko wpędzić w poczucie winy, żebym została w domu, bo zazdrościsz mi, że jadę do Cascades z chłopakami. Przestań się tak zachowywać i weź aspirynę. Niania będzie tu w poniedziałek”.
„Potrzebuję szpitala” – wydyszałam, a mój wzrok zaczął się rozmywać.
„Potrzebuję przerwy” – warknął. Przeczesał dłonią idealnie ułożone włosy, posłał całusa swojemu odbiciu w szybie i odwrócił się na pięcie. „Nie dzwoń, chyba że dom rzeczywiście się pali. Włączam w telefonie tryb „Nie przeszkadzać”.
Wyszedł. Ciężkie, mahoniowe drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem, wibrując w podłodze. Kilka sekund później gardłowy ryk silnika jego sportowego samochodu ożył, pędząc z podjazdu i zapadającego w duszącą ciszę, która przerażająco przypominała dzwon pogrzebowy.
Zostałam zupełnie sama.
Próbowałam się podnieść, rozpaczliwie sięgając po telefon leżący na krawędzi przewijaka, ale w końcu nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zrobiły się jak z ołowiu, uginając się pode mną. Uderzając o podłogę, wyparłam resztki powietrza z płuc. Ciemna, przerażająco ciepła kałuża zaczęła się szybko rozlewać pode mną, wsiąkając w nieskazitelny kremowy dywan.
Moje powieki były niemożliwie ciężkie. Świat kurczył się do rozmiarów dziurki od szpilki. Ale tuż przed tym, jak ciemność mnie całkowicie pochłonęła, telefon na stoliku zawibrował i upadł na podłogę obok mojej twarzy. Ekran rozświetlił się powiadomieniem, jasno świecąc na tle ciemniejącego pokoju.
Mark Vance właśnie dodał do swojej historii: „Wyjazd do kurortu!