Zakłopotanie przerodziło się w autentyczny niepokój. Mocniej ścisnął torbę na zakupy i pospieszył w stronę schodów.
Gdy dotarł na podest drugiego piętra, uderzył go nowy szok sensoryczny. To był zapach. Był ciężki, metaliczny i słodki – nieomylny, pierwotny aromat zaschniętej krwi i rozkładającego się żelaza. Dochodził prosto z pokoju dziecięcego na końcu korytarza.
Oddech Marka urywał się. Jego arogancki krok zwolnił do ostrożnego, drżącego pełzania. Pchnął drzwi pokoju dziecięcego.
„Mam nadzieję, że skończyłeś z…”
Zdanie utknęło mu w gardle. Torba na zakupy wyślizgnęła się z jego sparaliżowanych palców. Uderzyła o drewnianą podłogę, a uderzenie roztrzaskało szklaną tarczę nowego, pięciotysięcznego zegarka z ostrym, żałosnym chrupnięciem.
Wpatrywał się w środek pokoju.
Ogromna, ciemna, zaschnięta plama na kremowym dywanie przesiąkła aż do desek podłogowych. Była to wyraźna, niezaprzeczalna sylwetka ludzkiego ciała – mojego ciała. Obok leżały przesiąknięte krwią ręczniki, które Julianna gorączkowo wyrzucała. Mahoniowe łóżeczko było przekrzywione.
Kołyska była całkowicie, przerażająco pusta.
Mark cofnął się, uderzając ramionami o framugę drzwi. Krew odpłynęła mu z twarzy z prędkością spadającej gilotyny, pozostawiając skórę upiornie białą, przezroczystą. Rzeczywistość jego czynów – komentarz o „królowej dramatu”, odmowa wezwania karetki, trzy dni całkowitej ciszy radiowej – runęła na niego z siłą walącego się budynku.
Upadł na kolana, a jego markowe spodnie nasiąkły zaschniętą krwią.
„Elara?” – wychrypiał, jego głos brzmiał żałośnie, piskliwie. Jego dłonie drżały gwałtownie, gdy wyciągał ręce, a opuszki palców zawisły nad zimnym, poplamionym dywanem. – O Boże… o Boże. Elara? Leo?!
Po raz pierwszy w jego perfekcyjnie zaplanowanym, narcystycznym życiu, ten „dramat” był niezaprzeczalnie prawdziwy, a on patrzył prosto na niezbity dowód, że to on jest czarnym charakterem w tej historii. W tej bolesnej chwili uwierzył, że zabił żonę i zagłodził nowonarodzonego syna na śmierć.
Cofnął się, dziko drapiąc kieszenie, wyciągając telefon. Wybrał numer 911, łzy spływały mu po twarzy, a pierś unosiła się w histerycznym, ohydnym szlochu.
– Ratunku! – krzyknął do telefonu, zanim jeszcze operatorka odebrała. „Proszę, właśnie wróciłem do domu… moja żona… tyle krwi! Chyba nie żyje! Zostawiłem ją i chyba nie żyje!”
Gdy tylko głos operatora zatrzeszczał w telefonie, inteligentny głośnik stojący na półce w pokoju dziecięcym – ten, który zsynchronizowałem z telefonem przed wyjściem – rozbłysnął na niebiesko.
Mój głos, płynący przez głośnik, wypełnił zakrwawiony pokój. Był spokojny, jednostajny i przerażająco zimny.
„Nie ma mnie w tym pokoju, Marku” – powiedziałem.