ROZDZIAŁ 1: SZCZELINA W DESZCZOWEJ NOCY
Dom na końcu ulicy Wiązów był arcydziełem podmiejskiego kamuflażu. Z zewnątrz szczycił się zadbanym trawnikiem, świeżo pomalowanym na biało płotem i huśtawką na ganku, która delikatnie kołysała się na wietrze. Jednak tego wtorkowego wieczoru, gdy ulewa waliła w dach, a wiatr drapał szyby niczym rozpaczliwe paznokcie, dom oddychał własnym, duszącym, złowrogim życiem.
Szesnastoletnia Mara stała przy zlewie kuchennym, zanurzając dłonie w letniej wodzie z mydłem. Myła ceramiczny talerz obiadowy, jej ruchy były powolne, metodyczne i skrupulatnie wykalibrowane, by zapewnić absolutną ciszę. W tym domu hałas był walutą, za którą można było kupić tylko ból.
Powietrze w kuchni było gęste, ciężkie od mdłego, zalegającego smrodu przypalonej pieczeni, mieszającego się z ostrym, kwaśnym posmakiem taniej whisky. Whisky oznaczała, że Victor jest w domu.
Victor Hale, mężczyzna, który domagał się miana „głowy rodziny”, siedział przy stole w jadalni zaledwie kilka metrów dalej. Był barczystym czterdziestolatkiem, generalnym wykonawcą, którego firma budowlana traciła pieniądze i traciła kontrakty szybciej, niż on był w stanie pić. Był mężczyzną, który mierzył swoją męskość ciężarem portfela, a ostatnio jego portfel był żałośnie lekki. W realnym świecie Victor był porażką, drobnym człowiekiem kurczącym się pod ciężarem własnej niekompetencji.
Ale za tymi murami był bogiem. A bóg wymagał poświęceń.