Nie odebrałam od razu.
Telefon wibrował na kuchennym stole, tuż obok jej zdjęcia. Tego, na którym się uśmiechała, z włosami spiętymi do tyłu i kawałkiem czekolady w kąciku ust. Dwa lata… Dwa lata temu to zdjęcie stało się wszystkim, co mi zostało.
Kiedy zobaczyłam numer szkoły, serce mi zamarło.
Nie dzwonili do mnie od… od tamtego dnia.
Odebrałam.
„Proszę pani, dzień dobry… dzwonimy w sprawie pani córki. Jest obecnie w gabinecie dyrektora. Musi pani natychmiast przyjść”.
Cisza.
Zaczęłam się śmiać. Nerwowo, niemal niekontrolowanie.
„Moja córka nie żyje” – odpowiedziałam.
Głos po drugiej stronie linii zawahał się.
„Proszę pani… rozumiem, że jest pani zdruzgotana, ale to naprawdę nie żart”. Odmawia powrotu do klasy i chce się z panią zobaczyć.
Moje ręce zaczęły drżeć.
„Pomyliła się pani z kimś” – wyszeptałam ze ściśniętym gardłem.
„Nie, proszę pani. Znamy pani nazwisko, numer. Jest tu zarejestrowana. Jest tu teraz”.
Świat się zatrzymał.
Wstałam bez namysłu. Chwyciłam płaszcz, klucze, nawet nie sprawdzając, czy drzwi są za mną zamknięte. Wszystko było rozmazane. Ulice, ludzie, sygnalizacja świetlna… Nic nie widziałam. Tylko jedno zdanie krążyło mi po głowie:
„Ona tu jest. Jest tu”.
Kiedy dotarłam do szkoły, nogi odmówiły mi posłuszeństwa.