Cisza w komorze egzekucyjnej nie była po prostu cicha; była ciężka, jak powietrze przed potężną burzą. Twarz wujka Raya, zazwyczaj maskująca wyuczony żal i stoickie wsparcie, rozpadała się. Opalenizna, którą utrzymywał dzięki częstym „podróżom służbowym” nad wybrzeże – podróżom opłacanym z ubezpieczenia na życie mojego ojca – przybrała chorobliwy, siwy odcień.
„Chłopak jest w szoku” – wyjąkał Ray, a jego głos łamał się jak suche drewno. „Przeżył tragedię. Wymyśla historie, żeby sobie z tym poradzić!”
Ale naczelnik nie słuchał Raya. Patrzył na klucz w dłoni. Był to staromodny klucz szkieletowy, zardzewiały na krawędziach, ale solidny. Dał znak strażnikom. „Trzymajcie go” – rozkazał, wskazując na Raya. „I zadzwońcie do prokuratury. Natychmiast”.
„Nie możecie tego zrobić!” – krzyknął Ray, gdy dwóch strażników chwyciło go za ramiona. „To legalna egzekucja! Masz nakaz!”
„Mam świadka” – odparł Naczelnik głosem zimnym jak żelazo. „I mam nowe dowody”.