4. Objawienie
„Arthur! Mój dobry człowieku! Tu Howard Vance” – zagrzmiał mój ojciec do telefonu, a jego głos natychmiast zmienił się w mdły, radosny, pochlebczy ton. Pochylił się.
stół, emanując aurą silnego koleżeństwa. „Mam nadzieję, że nie przeszkadzam ci w piątkowy wieczór”.
„Howard?” Głos Arthura Sterlinga zatrzeszczał w głośniku, przesiąknięty natychmiastowym zmieszaniem i nutą głębokiej irytacji. „Howard Vance? Dlaczego dzwonisz na mój prywatny numer komórkowy o dziewiątej w piątkowy wieczór?”
Pewny siebie uśmiech Howarda zgasł na ułamek sekundy pod wpływem chłodnego przyjęcia, ale przełamał się, zdeterminowany, by spełnić swoją groźbę. Rzucił mi jadowite, triumfalne spojrzenie przez stół.
„Słuchaj, Arthurze” – kontynuował Howard, zniżając głos do konspiracyjnego, „klasycznego” pomruku. „Właśnie siedzę w Lumière. Musimy porozmawiać o natychmiastowym rozwiązaniu umowy najmu tego lokalu. Obecna najemczyni, moja córka Claire, jest niesamowicie uciążliwa. Nie współpracuje z moją nową strukturą zarządzania i, szczerze mówiąc, mam powody, by sądzić, że dopuszcza się w lokalu wysoce nielegalnych działań, które mogłyby poważnie zaszkodzić reputacji waszego budynku”.
Howard odchylił się na krześle, skrzyżował ramiona i spojrzał na mnie, jakbym już był duchem.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła długa, ciężka, bolesna cisza. Jedynym dźwiękiem w prywatnym pokoju był cichy szum klimatyzacji.
Kiedy Arthur Sterling w końcu się odezwał, w jego głosie zapadła całkowita cisza. Zastąpiła go głęboka, zmieszana, a wręcz pełna współczucia konsternacja.
„Howard” – zapytał powoli Arthur, wyraźnie artykułując każde słowo przez głośnik. „Jesteś pijany?”
Howard zamrugał, a jego ręce opadły bezwładnie. „Przepraszam? Arthurze, jestem całkowicie trzeźwy. Mówię ci, jako przyjaciel i kolega po fachu, że musisz rozwiązać tę umowę najmu…”
„O jakiej umowie najmu mówisz, Howardzie?” przerwał Arthur, a jego głos stał się głośniejszy. Absurdalność rozmowy w końcu złamała jego cierpliwość. „Nie mam umowy najmu do rozwiązania. Nie jestem już właścicielem tego budynku”.
W Sali Sommelierów zapadła absolutna cisza.
Arogancki, triumfalny uśmiech Howarda zamarł całkowicie, zmieniając się w maskę czystego, nieskazitelnego szoku. Jego mózg gwałtownie się zaciął, gdy tylko dotarły do niego słowa.
„Co… co masz na myśli, mówiąc, że nie jesteś właścicielem?” – wyjąkał Howard, a jego pulsująca pewność siebie natychmiast wyparowała, a w jego głosie pojawiła się panika. Pochylił się bliżej telefonu. „Jesteś właścicielem tej działki od dwudziestu lat! Sprzedałeś ją? Komu?”
Artur westchnął głęboko i przeciągle, a głośnik doskonale to zrozumiał. To było westchnienie człowieka, który ma do czynienia z kompletnym idiotą.
„Za Claire, kompletny idioto” – rzucił beznamiętnie Arthur, zrzucając bombę atomową na środek dębowego stołu.
Kieliszek wina Sarah, w połowie drogi do jej ust, wyślizgnął się z jej drżących palców. Uderzył o krawędź stołu i roztrzaskał się gwałtownie. Ciemnoczerwone wino rozlało się po nieskazitelnie białym obrusie, rozprzestrzeniając się gwałtownie niczym kałuża świeżej krwi.
Nawet tego nie zauważyła. Wpatrywała się w telefon, z szeroko otwartą szczęką.