Dwadzieścia siedem godzin później wróciłam wcześniej, bo piwnica w bibliotece szkolnej została zalana podczas burzy. Pomyślałam, że zrobię Meadow niespodziankę. Może pójdziemy do domu i upieczemy chleb bananowy. Może pomalujemy jej paznokcie na lawendowy kolor i obejrzymy stary film.
Zamiast tego Judith zablokowała drzwi.
„Jesteś wcześniej” – powiedziała.
„Gdzie jest Meadow?”
„Uczy się”.
Jedno słowo. Głucha. Dumna.
Przepchnęłam się obok niej.
W domu panowała nienaturalna cisza, jakiej nigdy nie powinno być w domu z dzieckiem. Żadnych kreskówek. Żadnego nucenia. Żadnych małych stópek biegających po korytarzu.
Wtedy usłyszałam płacz z pokoju gościnnego.
Po tym, jak wyniosłam Meadow, pojechałam prosto do domu, jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą wyciągając ją do tyłu, żeby mogła trzymać moje palce. Siedziała zwinięta pod kapturem mojego płaszcza przeciwdeszczowego w foteliku, skulona w sobie, jakby chciała zniknąć.
W domu czekał Dustin.