CZĘŚĆ 1
„W końcu umrzesz, Ernesto. Mam dość udawania, że cię kocham”.
Ernesto Salgado otworzył oczy na tyle, by dostrzec twarz żony pochylonej nad łóżkiem. Na zewnątrz deszcz bębnił o szyby szpitala San Gabriel w Mexico City. W pokoju monitor wyświetlał słabe bicie serca.
Tego ranka kardiolog rozmawiał z pielęgniarką, sądząc, że śpi.
„Pięć dni, może mniej. Zniszczenia są zbyt rozległe”.
Ernesto miał 56 lat, był właścicielem fabryki mebli w Toluca, domu w Interlomas, dwóch mieszkań i miał konta na łączną kwotę ponad 82 milionów pesos. Miał też żonę młodszą o 16 lat, elegancką, troskliwą i pozornie oddaną.
A przynajmniej tak myślał przez cztery lata.
Valeria sprawdziła, czy drzwi są zamknięte i znów się uśmiechnęła. Nie był to już jej słodki uśmiech przed lekarzami. Był zimny, zadowolony.
„Twoja fabryka, twoje nieruchomości, twoje inwestycje… wszystko będzie moje. Iván i ja wybraliśmy już dom w Los Cabos. Pracowałeś całe życie i będziemy się tym cieszyć”.
Ernesto próbował przemówić, ale z jego gardła wydobył się tylko szorstki dźwięk.
„Nie przemęczaj się. Digoksyna zrobiła swoje. W małych dawkach pomaga sercu; w niewłaściwych dawkach je niszczy. Pamiętasz tabletki, które ci dawałam co noc? Nigdy niczego nie sprawdzałeś. Za bardzo mi ufałeś”.
Monitor przyspieszył. Valeria położyła mu dłoń na piersi, udając, że go uspokaja.
„Spokojnie. Nie umieraj, zanim skończę się żegnać”.
Poprawiła szminkę, pocałowała go w czoło i dodała:
„Pogrzeb będzie prosty. Absurdem byłoby wydawać pieniądze na zmarłego, skoro mogę sobie kupić nową ciężarówkę”.
Kiedy wyszedł, Ernesto wpatrywał się w sufit i płakał. Nie ze strachu przed śmiercią, ale dlatego, że wszystkie pieszczoty i wszystkie „kocham cię” były tylko grą.
Kilka minut później wszedł Mateo Hernández, 25-letni sanitariusz, który często pomagał mu bez proszenia. Miał cienie pod oczami z wyczerpania.
„Dobry wieczór, Don Ernesto. Potrzebujesz czegoś?”
Ernesto przypomniał sobie, że Mateo pracował na dwie zmiany, ponieważ jego 14-letnia siostra, Ximena, musiała przejść operację wrodzonej wady serca. Operacja kosztowała 2,4 miliona pesos, co było kwotą niemożliwą do udźwignięcia dla jego rodziny.
„Podejdź bliżej. Chcę ci złożyć propozycję”.
Mateo zmarszczył brwi.
„Nie robię nic nielegalnego”.
„Dlatego cię wybrałem. Zadzwoń do mojego notariusza. Jutro zmienię testament”.
Mateo myślał, że ma majaczenia, dopóki Ernesto nie pokazał mu swoich kont i nieruchomości na komórce.
„Zostawię ci wszystko”. W zamian uratuj siostrę, a resztę przeznacz na coś dobrego. Moja żona mnie zabija. Jeśli pieniądze zostaną w jej rękach, wygra.
„Nawet go nie znam”.
„Znam cię wystarczająco dobrze. Pracujesz nocami, nosząc zapasy, żeby zapłacić za lekarstwa. Otruła mnie, żeby kupić dom nad morzem. Powiedz mi, które z nas zasługuje na to, żeby decydować, co zrobić z moim majątkiem?”
Mateo zwlekał kilka sekund z odpowiedzią. W końcu odebrał telefon.
O 10:00 rano następnego dnia wszedł mężczyzna w białym fartuchu, udający specjalistę. W teczce niósł protokół notarialny, aparat fotograficzny i dokument, który mógł pokrzyżować plany Walerii.
Ernesto drżącą ręką wziął długopis.
A gdy jego żona świętowała z ukochanym, podpisał coś, czego żadne z nich nie mogło sobie wyobrazić.
Nie mógł uwierzyć w to, co miało się wydarzyć…
CZĘŚĆ 2
Notariusz Arturo Cárdenas zajmował się sprawami prawnymi Ernesta od 12 lat. Aby uniknąć podejrzeń, przybył w towarzystwie lekarza, który zaświadczył, że biznesmen był przytomny i działał z własnej woli. Obecni byli również Laura Medina, księgowa fabryki, oraz Rogelio Cruz, były wspólnik.
Arturo odczytał na głos każdy składnik majątku: fabrykę w Toluca, dom w Interlomas, dwa mieszkania, pojazdy, inwestycje i konta bankowe. Szacunkowa wartość: 82,3 miliona pesos.
„Wszystko będzie na nazwisko Mateo Hernándeza” – oznajmił Ernesto. „Valeria nic nie otrzyma. Jeśli zostanie udowodnione, że brała udział w mojej śmierci, proszę przekazać to nagranie prokuraturze”.
Mateo odwrócił się zaskoczony.