W dzień widziałam, jak długo odkręca słoik z konfiturą.
Czajnik był już dla niej za ciężki.
Pierwszy raz od wielu lat nie bałam się o pracę. Nie o pieniądze. Nie o żadną prezentację.
Bałam się, że któregoś dnia znowu przyjadę i nie zastanę już ani mamy, ani Łatki, ani czerwonego szalika na haczyku przy drzwiach.
Czwartego ranka obudziło mnie takie wycie, że serce mi zamarło.
Łatka stała przy furtce, czerwony szalik leżał w kałuży, a chustka mamy bielała na ziemi obok starego przystanku…
DZIĘKUJĘ, ŻE DOTRWALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
Ciąg dalszy będzie…
DALSZA CZĘŚĆ HISTORII
BLOCK 2 — DALSZA CZĘŚĆ HISTORII
Łatka nie wyła głośno.
Nie tak, jak psy szczekają na obcego.
To było niskie, zachrypnięte wycie. Jakby coś w niej pękało i nie wiedziała, kogo ma wołać.
Wybiegłam z domu boso.
Zimna ziemia kłuła mnie w stopy. Furtka była otwarta. W mokrej trawie leżała szara rękawiczka mamy. Ta z dziurą przy kciuku.
Przy przystanku zobaczyłam ją.
Mama siedziała na ziemi, oparta plecami o krzywą ławkę. Jedną rękę trzymała przy boku. W drugiej ściskała mój czerwony szalik.
— Mamo!
Podniosła głowę i od razu powiedziała:
— Nie krzycz tak. Łatka się przestraszy.
Prawie zaśmiałam się ze strachu.
Siedziała na mokrej ziemi, blada, z drżącymi ustami, a mimo to najpierw myślała o psie.
Łatka stała obok. Łapy jej się rozjeżdżały, ale nie odchodziła. Kiedy pochyliłam się nad mamą, suczka cicho warknęła.
Nie na mnie.
Na cały świat.
Jakby mówiła: Już wystarczy. Zostawcie ją.
— Co się stało? — kucnęłam obok.
— Nic.
— Mamo.
— Skręciłam nogę. Chciałam podnieść szalik. Spadł.
Spojrzałam na nią.
— Poszłaś sama na przystanek?
Odwróciła wzrok.
— Łatka chciała.
— O 6:00 rano?
— Pomylił jej się dzień.
To mogłoby zabrzmieć prawie śmiesznie. Ale śmiech ugrzązł mi w gardle.
Zadzwoniłam po pomoc.
Mama protestowała. Mówiła, że „do wesela się zagoi”, choć żadnego wesela u nas nie było. Powtarzała, że w szpitalu będzie zimno. Bała się też, że Łatka zostanie sama.
Słuchałam jej i nagle nie widziałam już tej kobiety, która kiedyś sama przekopywała ogród, nosiła worki z ziemniakami i potrafiła nakrzyczeć na sąsiada, gdy jego kogut darł się pod naszym płotem.
Przede mną siedziała starsza pani, która bała się szpitala prawie tak samo jak samotności.
W szpitalu powiatowym powiedzieli, że złamania nie ma. Mocne stłuczenie, naciągnięte więzadła, ciśnienie za wysokie. Lekarz patrzył na mnie tak, jak lekarze patrzą na dorosłe dzieci, które pojawiają się nagle z miną pełną winy.
— Pani mama potrzebuje opieki — powiedział. — I nie na 2 dni.
Mama to usłyszała.
— Proszę nie zaczynać.
— Pani Tereso — westchnął lekarz. — Przewróciła się pani przy drodze.
— Usiadłam.
— Na mokrej ziemi?
— Tak mi było wygodniej.
Lekarz spojrzał na mnie. Zrozumiałam bez tłumaczenia.
Kiedy wróciłyśmy do domu, Łatka leżała pod drzwiami i nic nie zjadła. Pani Krystyna z sąsiedztwa, którą poprosiłam, żeby z nią posiedziała, tylko rozłożyła ręce.
— Czekała na was obie. Cały czas patrzyła w drogę.
Mama powoli opadła na krzesło w przedpokoju.
Łatka podczołgała się do niej i położyła głowę na jej kolanach.
Mama pogłaskała ją po siwym uchu.
— Widzisz? Wróciłam.
Ścisnęło mnie w środku.
Chciałam powiedzieć coś łagodnego. Zamiast tego wypowiedziałam zdanie, które od rana chodziło mi po głowie:
— Mamo, ty już nie możesz mieszkać tu sama.
Jej ręka zatrzymała się na głowie Łatki.
— Mogę.
— Dzisiaj upadłaś.
— Wstałabym.
— Nie, mamo. Nie wstałabyś.
Popatrzyła na mnie długo. Spokojnie. Właśnie przez ten spokój zabolało mocniej.
— Przyjechałaś na 4 dni i już wiesz, jak mam żyć?