Nacisnęłam przycisk zapłonu. Potężny silnik V12 ryknął z głębokim, gardłowym, przerażająco pięknym pomrukiem, który wibrował mi w piersi.
Zaciskając dłoń na ręcznie obszytej skórzanej kierownicy, moje oczy powędrowały w lusterko wsteczne.
Przez krótką, ulotną chwilę przez moją głowę przemknął cień wspomnienia. Przypomniałam sobie duszący, ciężki zapach białych hortensji. Przypomniałam sobie wilgotne nocne powietrze Charleston. I przypomniałam sobie okrutny, arogancki, szyderczy śmiech mojego byłego męża przy wejściu do namiotu weselnego.
Spojrzał na mnie, kobietę, która zbudowała jego fundamenty, i próbował sprowadzić mnie do roli żałosnej, jednorazowej służącej, by chronić swoje kruche, fałszywe ego.
Ona jest tylko kierowcą, powiedział.
Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Moje oczy były jasne, dzikie i całkowicie wolne.
Uśmiechnąłem się. To był promienny, zwycięski uśmiech.
„Miałeś rację, Ethan” – wyszeptałem w pustkę, płynnie wrzucając bieg w ciężkim samochodzie.
Wjechałem w zatłoczony ruch Piątej Alei, a silnik ryknął, gdy przyspieszałem, płynnie wtapiając się w szybki pas własnego życia.
„Jestem kierowcą” – powiedziałem cicho do ducha w lustrze. – „I właśnie przejechałem całe twoje życie”.
Miasto rozciągało się przede mną, bezkresne i jasne, a ja wcisnąłem pedał gazu do dechy.