Leżał tam mój sfinalizowany, przyspieszony wyrok rozwodowy z orzekaniem o winie. Był ostemplowany, podpisany i prawomocny. Zachowałam wszystko, co posiadałam, a Ethanowi prawnie zabroniono ubiegania się o choćby grosz alimentów z mojego nowego bogactwa.
Sięgnęłam po kawę. Nie czułam ani krzty litości dla ludzi gnijących w betonowych celach. Nie czułam smutku z powodu ośmiu lat, które zmarnowałam na tchórza.
Czułam jedynie ogromną, dodającą siły i niesamowicie piękną nieważkość absolutnej, niepodważalnej sprawiedliwości.
Mój asystent zadzwonił do interkomu na moim biurku. „Pani Bennett, poranna poczta została uporządkowana. Jest tu list oznaczony jako pilny, wysłany z federalnego więzienia. Jest od pani byłego męża. Czy mam go przynieść?”
Uśmiechnęłam się. Ciepłym, szczerym uśmiechem.
„Nie, dziękuję, Sarah” – odpowiedziałam lekkim i spokojnym głosem. „Proszę wrzucić go bezpośrednio do niszczarki przemysłowej. Nieotwarty.”
6. Kierowca
Dwa lata później.
Było jasne, rześkie, pięknie przejrzyste popołudnie na Manhattanie. Miasto tętniło szaloną, pulsującą energią handlu i ambicji.
Wyszłam przez ciężkie, szklane drzwi obrotowe Le Bernardin, jednej z najbardziej ekskluzywnych i drogich restauracji w mieście. Właśnie skończyłam bardzo udaną
l, trzygodzinne spotkanie w porze lunchu, oficjalne zamknięcie ogromnego kontraktu na doradztwo w zakresie oceny ryzyka dla mojej nowo założonej, odnoszącej ogromne sukcesy firmy zajmującej się wywiadem finansowym.
Miałem na sobie szyty na miarę, elegancki garnitur od projektanta, który idealnie na mnie leżał. Nie nosiłem go po to, by się komuś podobać ani by ukryć swoje pochodzenie. Nosiłem go, bo na niego zasłużyłem i bo wyglądałem w nim absolutnie promiennie i nietykalnie.
Stałem pod markizą, wdychając zimne, miejskie powietrze.
Pracownik parkingowy, młody mężczyzna w nieskazitelnym uniformie, podbiegł do mnie z pękiem kluczyków.
„Proszę o samochód, pani Bennett” – parkingowy uśmiechnął się uprzejmie, wskazując na krawężnik.
Pod bramą, lśniąc agresywnie w popołudniowym słońcu, stał elegancki, granatowy Aston Martin DB11. Był to majstersztyk inżynierii i mocy. I został legalnie, zgodnie z prawem i w całości opłacony przeze mnie gotówką.
Wręczyłam parkingowemu hojny napiwek, dziękując mu, i obeszłam samochód dookoła, by usiąść za kierownicą.
Otworzyłam ciężkie drzwi i wślizgnęłam się na niski, niezwykle wygodny, ręcznie obszyty skórzany fotel. Zamknęłam drzwi, odcinając się od hałasu miasta i otulając się ciszą luksusu kabiny.