Byłem już w połowie ścieżki mojej mamy, gdy zdałem sobie sprawę, że nie ćwiczyłem uśmiechu.
Po trzydziestu sześciu latach można by pomyśleć, że to przyjdzie naturalnie – ten uprzejmy, nieszkodliwy uśmiech, który mówi, że wszystko w porządku, nawet gdy tobie nie jest. Taki, który wygląda wystarczająco dobrze na zdjęciach, nawet jeśli nigdy nie dociera do twoich oczu.
Lampa na ganku brzęczała nad drzwiami, przyciągając ćmy, które co chwila rzucały się na szybę, desperacko próbując dostać się do środka. Rozumiałem to uczucie bardziej, niż chciałem przyznać. Śmiech wylewał się za każdym razem, gdy otwierały się drzwi – ciepły, głośny i swobodny.