„Chciał, żebyś założyła sukienkę, tańczyła i się śmiała” – powiedziałam. „Tak mi powiedział”.
„Mamo”.
Powinienem był wiedzieć lepiej.
„Po prostu przymierz jedną. Jedną sukienkę. Jeśli ci się nie spodoba, wrócimy do domu i nigdy więcej o tym nie wspomnimy. Umowa stoi?”
Spojrzała na mnie przez uchylone drzwi i zobaczyłem w jej oczach coś, czego nie widziałem od miesięcy. Niezupełnie nadzieję. Może ciekawość. Małe przyzwolenie.
„Jedną sukienkę” – powiedziała.
W następną sobotę jechałem do centrum handlowego z rękami zaciśniętymi na kierownicy i czymś niebezpiecznym w piersi. Nadzieją. Po roku nicości odważyłem się znów poczuć nadzieję.
Powinienem był wiedzieć lepiej.
W czwartym sklepie widziałem, jak Hazel się zamyka w sobie.
W pierwszych trzech butikach używano łagodniejszych słów. „Ograniczony asortyment”. „Tylko próbki”. „Można zamówić na specjalne zamówienie, ale nie na czas”. Mimo to było jasne, że uważali ją za za dużą do ich sukienek.
W czwartym sklepie widziałam, jak Hazel skuliła się w sobie, unosząc ramiona do uszu, tak jak na pogrzebie Masona.
Starałam się mówić pogodnym tonem.
„Jest jeszcze jedno miejsce. To ładne na Maple”.
„Mamo”.
„Jeszcze tylko jedno, kochanie”.
Sprzedawczyni obrzuciła ją powolnym spojrzeniem, a kąciki ust zacisnęły się.
Stare przezwisko prawie jej się wymknęło, ale dostrzegłam je, zanim zdążyło ją zranić. To słowo należało do Masona. Tylko do Masona.
W butiku na Maple w witrynie wisiała suknia, którą już sobie wyobrażałam na niej. Kość słoniowa, miękka, romantyczna. Hazel stała przed szybą przez dłuższą chwilę, a potem głosem, którego nie słyszałam od roku, zapytała: „Czy mogłabym przymierzyć tę w witrynie?”.
Sprzedawczyni obrzuciła ją powolnym spojrzeniem, a kąciki ust zacisnęły się.
„To ci nie pomoże, kochanie. Jesteś za duża”.
To wszystko. Żadnego łagodzenia. Żadnych przeprosin.
Hazel nie płakała. Nie sprzeciwiała się. Odwróciła się, przeszła przez drzwi i wsiadła na miejsce pasażera w moim samochodzie. Poszedłem za nią, a moje ręce drżały na kluczykach.
Patrzyła prosto przed siebie przez całą drogę do domu.
„Hazel, tak mi przykro. Wrócę tam i…”
„Proszę, jedź”.
„Kochanie…”
„Proszę. Po prostu jedź”.
Patrzyła prosto przed siebie przez całą drogę do domu. Ciągle na nią zerkałem, czekając na przerwę, łzy, cokolwiek. Nic nie nadeszło. To przeraziłoby mnie bardziej niż szloch.
Weszła do domu, weszła po schodach i zamknęła drzwi.
Drzwi do pokoju. Usłyszałam kliknięcie zamka.
Przycisnęłam czoło do drzwi i płakałam najciszej, jak potrafiłam.
Poszłam za nią na górę. Usiadłam na dywanie przed jej pokojem, opierając się plecami o drewno.
„Hazel. Otwórz drzwi. Proszę.”
„Nie idę na bal maturalny, mamo.”
„Kochanie, możemy coś znaleźć. Możemy coś uszyć sami, możemy…”
„Mamo. Przestań.” Jej głos był matowy, wyczerpany. „Nie idę. Proszę, po prostu przestań próbować.”
Przycisnęłam czoło do drzwi i płakałam najciszej, jak potrafiłam. Pochowałam jedno dziecko. Czułam, jak drugie wyślizguje się przez szparę pod drzwiami, a ja nie miałam pojęcia, jak się utrzymać.
Otworzyłam drzwi we wczorajszych ubraniach.
Nie wiem, jak długo tam siedziałam. Na tyle długo, że zdrętwiały mi nogi. Na tyle długo, że zmieniło się światło w korytarzu.
Kilka dni później ktoś zapukał.
Otworzyłam drzwi w wczorajszych ubraniach. Eli stał na ganku w wyblakłej bluzie z kapturem, trzymając przy piersi mały notes. Wyglądał na zdenerwowanego. Wyglądał też na zdecydowanego, co było dla niego nowością.
„Pani Mave. Czy mogę z panią porozmawiać tutaj?”
Wyszłam na gank i zamknęłam za sobą drzwi.