„Czy Hazel jest w porządku? Czy napisała do pani?”
Wpatrywałam się w tego chłopaka, którego dorastanie obserwowałam dwa domy dalej.
„Nie, proszę pani”. Wziął głęboki oddech. „Potrzebuję jej wymiarów”.
„Eli, co…”
„Bal maturalny jest za dwa tygodnie. Dam radę. Wiem, jak to brzmi. Ale potrzebuję, żebyś mi zaufała. I żebyś jej nic nie mówiła. Ani słowa”.
Wpatrywałam się w tego chłopaka, którego dorastanie obserwowałam dwa domy dalej. Siedemnastolatek. Obgryzione paznokcie. Trzymający notes, jakby to był kontrakt.
„Eli, nigdy w życiu nie uszyłaś takiej sukienki”.
Tej nocy stałam przy kuchennym oknie i patrzyłam, jak światło w sypialni Eliego pali się długo po trzeciej nad ranem.
„Nie, proszę pani. Nie zrobiłam tego”.
„Więc jak…”
„Po prostu musisz się zgodzić”.
O mało nie powiedziałam „nie”. Miałam ku temu wszelkie powody. Ale w jego oczach było coś, co nie należało do siedemnastolatka. Coś bardziej stałego niż czułam przez cały rok.
„Tak” – wyszeptałam.
Tej nocy stałam przy kuchennym oknie i patrzyłam, jak światło w sypialni Eliego pali się długo po trzeciej nad ranem, i zastanawiałam się, na co, u licha, właśnie się zgodziłam.
Jego matka zadzwoniła do mnie trzeciego dnia.
Światło w oknie sypialni Eliego stało się moim nowym zegarem.
Po północy, po drugiej, po trzeciej. Niektórymi nocami stałam przy kuchennym zlewie i patrzyłam, jak się pali, podczas gdy reszta ulicy spała.
Jego mama zadzwoniła do mnie trzeciego dnia.
„Mave, bolą go palce” – powiedziała. „Owinęłam je zimnymi bandażami, a on je rozwinął. Opuścił test z chemii”.
„Powinnam go powstrzymać?”
„Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło” – powiedziała cicho. „Siedział przy tej maszynie, odkąd sięgał pedału. Wiesz o tym”.
Dwa tygodnie wydawały się niemożliwe.
Wiem. Patrzyłam, jak podwijała mi zasłony, podczas gdy sześcioletni Eli karmił ją szpilkami z magnetycznej miseczki i pytał, dlaczego nitka ma numer. Zanim skończyła dziesiątkę, szkicował sukienki na marginesach swojej pracy domowej z ortografii. Zanim skończył trzynaście, przerabiał sobie kurtki w jej starym Singerze.
Rozłączyłam się i przycisnęłam czoło do chłodnej szyby.
Dwa tygodnie wydawały się niemożliwe. Dwa tygodnie przypominały odliczanie do kolejnego rozczarowania, które będę musiała znieść dla mojej córki.
W międzyczasie Hazel opadła z sił.
Przestała schodzić na dół na śniadanie. Trzy dni z rzędu nosiła tę samą szarą bluzę z kapturem. Kiedy pukałam, odpowiadała sylabami.
Czwartego dnia poszłam do jej pokoju, żeby wymienić pranie i znalazłam pod łóżkiem notes.
Próbowałam ją unieruchomić drobnymi kłamstwami.
„Po prostu załatwiam sprawy” – mawiałam, kiedy kupowałam jedwabne nici w sklepie z artykułami do robótek ręcznych, bo Eli wysłał mi SMS-a z listą.
Czwartego dnia poszłam do jej pokoju, żeby wymienić pranie i znalazłam pod łóżkiem notes. Nie ten z pierwszego roku, który przeglądałam kilka miesięcy temu, za książkami w miękkiej oprawie. Nowszy. Z drugiego roku, w jej ciaśniejszej, bardziej gniewnej dłoni.
Imiona. Całe strony.
Dziewczyny, które szeptały, gdy przechodziła obok. Chłopcy, którzy zamieszczali posty tydzień po pogrzebie Masona. Komentarze, które robiła zrzuty ekranu, drukowała i wpychała między strony jak suszone kwiaty, które poczerniały.
Podniosłam telefon i sfotografowałam strony po kolei.
Usiadłam na jej dywanie i przeczytałam każdą stronę.
To był antagonista. Nie ekspedientka. Nie wystawa w oknie.
To był chór, który moja córka nosiła w sobie przez dwa lata.
Podniosłam telefon i sfotografowałam strony po kolei. Potem wysłałam je Eliemu. Nie wiem, czy cokolwiek z tego ci pomoże, napisałam. Pomyślałam tylko, że powinnaś zobaczyć, co ona nosi.
Trzy kropki pojawiały się i znikały przez długi czas. Usiadłam na jej dywanie i obserwowałam je, zastanawiając się, co mógłby zrobić z listą okrucieństw, którą dostała niecałe dwa tygodnie przed balem. Może je spalić. Przeczytać i opłakiwać. Nie wysłałam ich z planem. Wysłałam je, bo nie mogłam ich utrzymać sama.
Szóstego dnia rano popełniłam błąd, dzwoniąc z kuchni do sklepu obuwniczego.
Kiedy w końcu odpowiedział,
Nadeszła, to była tylko jedna linijka. Niektóre z nich już znałam. Dziękuję za resztę.
A potem, minutę później: wiem, co z nimi zrobić.
Wpatrywałam się w tę drugą wiadomość, aż ekran zgasł. Oczywiście, że wiedział. Był jej najlepszym przyjacielem przez cały ten czas. Widział korytarze, o których słyszałam tylko plotki. Już budował szkielet sukni. Teraz odnalazł jej serce.
Szóstego dnia rano popełniłam błąd dzwoniąc do sklepu obuwniczego z kuchni.
„Rozmiar osiem, kość słoniowa, niski obcas” – powiedziałam do telefonu. „Na bal maturalny, tak”.
Odwróciłam się, a w drzwiach stała Hazel.
„Wciąż próbujesz mnie wciągnąć z powrotem do tego, kim byłam”.
„Co ty robisz?”
„Hazel…”