I po raz pierwszy nie wydawał się najgroźniejszym człowiekiem w górach.
Wyglądał po prostu… na wyczerpanego.
Wyczerpanego do szpiku kości.
„Jesteś szalony” – mruknął.
„Tak” – odpowiedziała. – „Ale przydatny”.
Tym razem się uśmiechnął.
Mały.
Krótko.
Prawda.
Coś poruszyło się w piersi Madeleine.
Coś, czego wciąż nie chciała nazwać.
Atak miał miejsce dwie noce później.
Wiatr wiał z dołu wąwozu. Psy – dwa chuderlawe zwierzęta, o których Julien ledwo wspomniał – warczały nieustannie w pobliżu zagrody.
Madeleine ugniatała chleb, gdy usłyszała pierwsze pukanie do drzwi.
To nie był krzyk.
To był cios.
Potem kolejny.
Potem głos:
„Montclair! Otwieraj, bo rozwalimy ci dom!”
Julien już stał.
W dłoni trzymał karabin.
W jednej chwili wszystko się w nim zmieniło.
Spokojne ciało zniknęło. Milczący mężczyzna również.
Pozostało coś innego.
Coś ostrego.
Coś starożytnego.
Coś stworzonego do przetrwania.
„Wracaj” – rozkazał.
Ale Madeleine się nie cofnęła.