Julien podszedł do drzwi, zamknął je na klucz i kontynuował, nie patrząc na nie.
„Dwa lata temu wdał się w romans z ludźmi, którzy przemycali broń, alkohol i ludzi na szyi. Myślał, że jest od nich mądrzejszy”. Ukradł im przesyłkę, a potem zniknął. Szukali go tutaj. Kiedy nie mogli go znaleźć, zostawili mi wiadomość.
Dotknął blizny.
Powietrze zrobiło się cięższe.
„Od tamtej pory czasami wracają” – powiedział. „Żeby sprawdzić, czy coś wiem. Czy się odezwę. Czy w końcu ustąpię.”
„A ty coś wiesz?”
Julien odwrócił się do niej twarzą.
„Nie.”
Spotkała się z jego wzrokiem.
I po raz pierwszy odkąd go poznała, wiedziała, że nie kłamie.
„Więc nie idą po ciebie” – powiedziała powoli. „Idą, bo myślą, że mogą cię wykorzystać.”
„Albo mnie złamać, aż coś wymyślę.”
Madeleine na chwilę spuściła wzrok.
Potem podniosła wzrok, jej spojrzenie było stanowcze.
„No cóż, szkoda dla nich.”
Julien zmarszczył brwi.
„Co?”
„Szkoda dla nich. Bo teraz nie jesteś sama.”
Wybuchnął suchym, gorzkim śmiechem.
„Nie gadaj bzdur.”
„To nie bzdury.”
„Madeleine…”
„Nie patrz tak na mnie. Spędziłam już połowę życia, patrząc, jak tchórzliwi mężczyźni robią sobie dobrze, miażdżąc wyczerpane kobiety. Przeżyłam pogardę, głód i rodzinę, która traktowała mnie gorzej niż obcą. A ty myślisz, że możesz mnie przestraszyć kilkoma idiotami, którzy zostawiają ślady w pobliżu kurnika?”
Podeszła bliżej, aż stanęła tuż przed nim.
Bardzo blisko.
„Jeśli chcą wojny, to trafili pod zły adres. Bo tu nie ma ani jednego rannego zwierzęcia”. Są dwa.
Julien spojrzał na nią, jakby nie wiedział, co z nią zrobić.