Strach wciąż wisiał między nimi.
I nagle Julien zrobił coś, czego Madeleine nigdy by sobie nie wyobraziła.
Ujął jej twarz w dłonie.
Twardo.
Desperacko.
Jakby musiał się upewnić, że ona wciąż tam jest.
„Nigdy więcej tego nie rób” – powiedział ochryple. „Słyszysz mnie?”
Madeleine poczuła, jak cały świat kurczy się w tych szorstkich dłoniach, w tych czystych oczach, pękniętych z bólu, w tym głosie człowieka, który stracił już zbyt wiele.
„Nie rozkazuj mi” – mruknęła.
Na sekundę zamknął oczy.
Kiedy je otworzył, dystans zniknął.
Pocałował ją.
Nie tak jak w powieściach.
Nie z wyuczoną delikatnością.
Pocałował ją jak człowiek pogrzebany latami, który nagle przypomniał sobie, że wciąż żyje.
Madeleine odpowiedziała z tą samą siłą.
Z wściekłością.
Z lękiem.
Z tym szalonym pragnieniem, by w końcu zostać wybraną bez wymówek, bez wstydu, bez litości.
Nie było słów.
Tylko ta brutalna, niezręczna, szczera, konieczna chwila.