Kiedy się rozstali, oboje oddychali jak po bezdechu.
Julien oparł czoło o jej czoło.
„Boże mój…” – mruknął.
Madeleine uśmiechnęła się, jej oczy wciąż były wilgotne.
„Mówiłam ci, że nie jestem taka jak inni”.
Następnego dnia poszli do wioski.
Nie po to, żeby uciekać.
Żeby to zakończyć.
Madeleine nalegała.
„Jeśli zostaniemy za drzwiami i będziemy czekać, to wrócą. Tchórze zawsze wracają do miejsc, w których myślą, że zasiali strach”.
Julien patrzył na nią długo.
Potem skinął głową.
Poszli na posterunek żandarmerii w wiosce i porozmawiali z adiutantem Étienne’em Salomonem, starszym mężczyzną, który początkowo próbował ich ignorować.
„Z takimi rzeczami jest jak z górami” – mruknął. „Lepiej nie wywoływać zamieszania”.
Ale Madeleine położyła obie ręce na jego biurku i spojrzała mu prosto w oczy.
„Posłuchaj mnie uważnie, Adiutancie. Jeśli uzbrojeni ludzie wrócą do moich drzwi, a ty nadal będziesz tu siedział, w przyszłą niedzielę wejdę do kościoła podczas mszy i opowiem całej wiosce, ze szczegółami, kto nie wykonał swojej pracy. Czy naprawdę tego chcesz?”
Staruszek
Żandarm patrzył na nią przez chwilę.
Po czym parsknął śmiechem przez nos.
„Teraz lepiej rozumiem, dlaczego ten cholerny człowiek w końcu się ożenił” – powiedział, zwracając się do Juliena. „Znalazł się w huraganie”.
„Najwyższy czas, żeby przydarzyło mi się coś ważnego” – odpowiedział Julien.
Madeleine odwróciła głowę w jego stronę.
„Coś ważnego?”
Spotkał się z nią wzrokiem.
„Najlepsza rzecz, jaka mi się przydarzyła od lat”.
I choć słowa te padły w obecności żandarma, z kurzem na butach i zmęczeniem w oczach, Madeleine czuła, że nikt nigdy nie powiedział jej piękniejszego słowa.
Nalot żandarmerii miał miejsce tego samego wieczoru.