Śmiech.
Śmiech, który wydawałby się niemożliwy u człowieka takiego jak Julien Montclair.
Postrzeganie ich przez mieszkańców wioski uległo zmianie.
Na początku obserwowano ich z ciekawością zarezerwowaną dla tych, którzy popełnili głupstwo.
Potem z szacunkiem.
Bo pulchna kobieta, jak niektóre żmije wciąż ją nazywały za plecami, okazała się jedyną, która nie uciekła przed naznaczonym bliznami człowiekiem z góry.
Jedyną, która nie bała się jego blizn.
Jedyny, który rozumiał, że najtwardsi mężczyźni nie potrzebują kobiety, która podziwia ich z daleka…
lecz kobiety, która staje przed nimi i mówi:
„Tu strach nie rządzi”.
Pewnego niedzielnego popołudnia, gdy Madeleine układała chleb na stole w małym straganie, który otworzyli przy drodze, żeby sprzedawać sery, ciastka i dżemy, zobaczyła zbliżającą się postać, która przeszyła ją dreszczem.
Jej brat.
Ten sam, który ją wypędził.
Był chudszy. Bardziej znoszony. Jego ubranie wyglądało na zmęczone, podobnie jak jego godność.
Zatrzymał się przed nią, czując się nieswojo.
„Mado…”
Kontynuowała układanie słoików, nie podnosząc wzroku.
„Madame Montclair” – poprawiła go.
Przełknął ślinę.
„Słyszałem, że… że dobrze ci tu idzie”.
„W przeciwieństwie do niektórych, ja umiem pracować”.
Spuścił wzrok.
„Przyszedłem prosić o twoje przebaczenie”.
Madeleine w końcu na niego spojrzała.
Latami wyobrażała sobie tę chwilę.