Bez błagania o miłość, której nigdy nie było.
„Nie” – powiedziała spokojnie. „Tutaj nie wpuszczamy kogoś, kto kiedyś traktował mnie jak nic niewartą”.
Za nią rozległ się głęboki głos Juliena:
„Jakiś problem?”
Jej brat uniósł głowę… i widząc Juliena opartego o framugę drzwi, wysokiego, nieruchomego, z tą siłą góry i stali, zrozumiał, że nie stoi już twarzą w twarz z siostrą, którą kiedyś upokorzył.
Stawał twarzą w twarz z kobietą, która się chroniła.
Co gorsza:
stawał twarzą w twarz z kobietą, która nauczyła się bronić.
„Nie” – mruknął, cofając się. „Nie ma problemu”.
Wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Madeleine patrzyła, jak odchodzi.
I poczuła coś niezwykłego.
Nic.
Żadnego gniewu.
Żadnego bólu.
Żadnej chęci, by za nim pobiec.
Nic.
Rana w końcu się zagoiła.
Julien podszedł i objął ją w talii.
„Wszystko w porządku?”
Madeleine oparła głowę na jego ramieniu i uśmiechnęła się.
„Tak”.
Pocałował ją w skroń.
„Naprawdę?”