Szczery uśmiech.
Zaskakująco piękny, bo tak rzadki.
Madeleine zaczęła się śmiać przez łzy.
„Ale pod pewnymi warunkami”.
„Oczywiście” – mruknął.
„Chcę inne krzesło”.
„Dobrze”.
„I większe łóżko”.
Julien uniósł brew.
„To też”.
„A jeśli będziesz milczała przez trzy dni bez przerwy, to rzucę w ciebie garnkiem”.
Tym razem wybuchnął szczerym śmiechem.
Pierwszym czystym śmiechem, jaki kiedykolwiek od niego usłyszała.
Potem przyciągnął ją do siebie i pocałował z cichą siłą mężczyzny, który straciwszy zbyt wiele, w końcu rozumie, co warto zachować.
Madeleine zamknęła oczy w jego ramionach.
I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna… nie miała już ochoty…
Być gdziekolwiek nie na miejscu.
Minęło sześć miesięcy.
Gospodarstwo nie przypominało już kryjówki duchów.
W oknach wisiały zasłony. Większy stół. Dwa prawdziwe krzesła. Mały ogródek warzywny. Pulchne kurczaki. Świeży chleb prawie każdego dnia. I śmiech.
Tak.